Rafał Borówczak († 53 l.) miał podczas wyścigu przejechać rowerem 500 km. Niestety, po ponad 100 km doszło do tragedii. Kolarz zasłabł i mimo natychmiastowej pomocy, nie udało się uratować mu życia.
Do dramatycznego zdarzenia doszło w sobotę, 23.07., w ramach wyścigu organizowanego przez Lubuską Szosę, w okolicach Jurzyna w gminie Jasień.
W wyścigu brały udział dwie grupy kolarzy. Jedna z nich miała do pokonania 250 km, druga – 500 km.
Rowerzyści startowali z Zaboru. Po drodze przygotowane dla nich zostały punkty kontrolne. Tam organizator zapewniał im regenerujące przekąski. Mieli też możliwość odpoczynku.
Reanimowali godzinę
R. Borówczak wyjechał z punktu kontrolnego w Tuplicach przed godziną 15.
– Tam nic złego się nie działo, zjadł, nie uskarżał się na żadne dolegliwości. Wyjechał sam, ale zaraz za nim grupa kilku osób – słyszymy od przedstawicielki Lubuskiej Szosy.
Przejechali ok. 10 km. Jak wynika z relacji jadących za nim kolarzy, którzy go przed sobą widzieli, w okolicy Jurzyna zatrzymał się i zasłabł. Dotarli do niego po kilku chwilach i natychmiast rozpoczęli uciskanie klatki piersiowej.
Od razu wezwano pogotowie ratunkowe.
– Resuscytację krążeniowo-oddechową przejął zespół ratownictwa medycznego. Akcja reanimacyjna trwała ponad godzinę. Niestety, nie udało się przywrócić funkcji życiowych. Stwierdziliśmy zgon na miejscu – informuje Ryszard Smyk, szef pogotowia ratunkowego.
O sprawie została powiadomiona policja i prokuratura. Śledczy zarządzili sekcję zwłok.
– Wynika z niej, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych, związanych z układem sercowo-naczyniowym – informuje Robert Brzeziński, prokurator rejonowy.
Rowerem po górach
R. Borówczak była zapalonym rowerzystą, prowadził aktywny, zdrowy styl życia.
– Rower i wyścigi były jego największą życiową pasją, tak jak podróże po górach. Nierzadko je ze sobą łączył, jeżdżąc po górach rowerem. Często brał udział w rajdach charytatywnych, łącząc swoje pasje z pomaganiem innym. Nas wszystkich, jego najbliższych, zaskoczył i zasmucił swoim nagłym odejściem. Był bardzo dobrym dziadkiem dla dwójki swoich wnucząt, które bardzo za nim tęsknią – mówi Aleksandra Kaźmierczak, córka R. Borówczaka.
– Informacja o śmierci Rafała to był szok i niedowierzanie. Rafał od kilku lat był uczestnikiem organizowanego przez nas maratonu rowerowego. Jeszcze dwa tygodnie temu rozmawialiśmy na temat startu w kolejnej edycji, która odbędzie się w sierpniu. Poznaliśmy go jako osobę pomocną innym, mniej doświadczonym zawodnikom. Wiemy, że pasjonował się Karkonoszami. Śmialiśmy się, że jak będziemy chcieli tam jechać, to nie będziemy potrzebowali map ani przewodników, tylko zadzwonimy do Rafała. Niestety, tego telefonu już nie wykonamy – mówią Beata i Maciej Kucharczak, organizatorzy wyścigów rowerowych.
Oddali hołd
Organizator sobotniego (23.07.) wyścigu zdecydował o tzw. neutralizacji Lubuskiej Szosy. Miejsca w poszczególnych klasyfikacjach przyznane zostały na podstawie czasów przyjazdu do punktu kontrolnego w Tuplicach.
– W ten sposób postanowiliśmy oddać hołd Rafałowi, klasyfikując go w jego ostatniej imprezie – słyszymy od przedstawicielki Lubuskiej Szosy.
Nie było też wielkiej celebracji po zakończeniu wyścigu.
W grupie jadącej 500 km, R. Borówczak został sklasyfikowany na 41 miejscu.
Nieszczęśliwy zbieg okoliczności
W wyścigu brali udział także kolarze z naszego regionu.
– Puszczali nas w grupach 6-osobowych co 5 minut, począwszy od 8 rano. Warunki były idealne do takiego ścigania. Dystans, który przejechał, też nie był zbyt wielki. Zwłaszcza dla kogoś takiego, kto miał na koncie ultramaratony, jak właśnie Rafał Borówczak. Krótko mówiąc, to był nieszczęśliwy wypadek – mówi Krzysztof Grzegorczyk z Żar, który brał udział w wyścigu na 250 km.
– Niestety, takie sytuacje mogą się zdarzyć. To sport wyczynowy i każdy, kto go uprawia, musi o tym pamiętać. Byłem świadkiem sytuacji zasłabnięcia kobiety, po przejechaniu przez nią 400 km. Choć chwilę wcześniej nic się nie działo. Na szczęście wówczas udało się jej szybko przywrócić przytomność. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. Dlatego każdy powinien pamiętać, że to sport, który wymaga dużej wydolności organizmu i trzeba o to bardzo dbać. Nie wolno zaniedbywać badań kontrolnych – komentuje Janusz Gołąb z Żar, wielokrotny uczestnik wyścigów na kilkusetkilometrowych dystansach.
R. Borówczaka w ostatnią drogę najbliżsi i przyjaciele odprowadzili wczoraj, 28.07. Spoczął na cmentarzu w Komorowie (gm. Wolsztyn).


