Ktoś rozsypał trutkę na osiedlu przy ul. Zawiszy Czarnego. Miki, 12-letni piesek państwa Soból, zmarł w cierpieniach.
Mirosława Soból jak zawsze przed pracą wyszła z psem na spacer (w czwartek, 15.09.). Nie przypuszczała, że może wydarzyć się tragedia. Jak wynika z jej relacji, spuściła pupila jak zwykle tylko na chwilę ze smyczy. Zatrzymał się na moment koło śmietnika przed ich domem.
Adam Soból jest zrozpaczony stratą ukochanego przyjaciela. Ze łzami w oczach opowiedział nam o całym zdarzeniu.
– Żona po spacerze zostawiła Mikiego w domu i pojechała do pracy. Ja za niecałą godzinę wróciłem do domu. Zauważyłem, że pies zwymiotował, mimo że nigdy mu się to nie zdarzyło. Myślałem jednak, że to zwykła niestrawność. Postanowiłem go zabrać na spacer, ale ledwo szedł. W pewnym momencie się nawet położył i nie chciał wstać. Dostał rozwolnienia i jeszcze z sześć razy wymiotował – opowiada Adam.
Próbowali go ratować
Właściciel jak najszybciej postanowił zawieźć pieska do weterynarza. Lekarz stwierdził, że zwierzak ma silne zapalenie trzustki. Wykonał specjalistyczne badania.
– Weterynarz stwierdził, że to na pewno otrucie bardzo silną toksyną. Powiedział, że nic nie da się już zrobić. Zabrałem Mikiego do domu, a dwa dni później, w sobotę, obudził mnie jego bardzo ciężki oddech. Znieśliśmy go na dół przed blok i tam wydał ostatnie tchnienie – relacjonuje właściciel.
Wielka strata
Właściciele byli bardzo przywiązani do Mikiego, to był ich najwierniejszy przyjaciel.
– 12 lat temu przygarnęliśmy go z ulicy. To była taka mała bida, cała zarobaczona i strasznie niesforna – opowiada pani Mirosława. – To dla nas wielka strata, teraz jest nam bardzo ciężko. Przychodzi człowiek do domu, a tam nikt go nie wita – dodaje.
Mikiego znało całe osiedle, wszyscy mieszkańcy są zaskoczeni całym zdarzeniem i obawiają się o swoje pupile. Pan Adam przestrzega sąsiadów, aby nie spuszczali zwierząt ze smyczy i bacznie je obserwowali.
Nie było podobnych przypadków
Jak dowiadujemy się w przychodni MEDI – VET, gdzie był leczony Miki, podobne przypadki nie były zgłaszane. Pan Mirosław także o takich nie słyszał.
– Podobny incydent miał u nas miejsce kilka lat temu – wspomina. Dodaje również, że nie ma pojęcia, kto mógł zrobić coś tak podłego. Przypuszcza jedynie, że może ktoś chciał zostawić trutkę na grasujące lisy.

