Marek Poniewierka z Żar miał zaledwie 53 lata i sporo do zrobienia przed sobą. Był człowiekiem pracy, przedsiębiorcą, od lat działającym w branży ubezpieczeniowej. Odszedł na zawsze 30 grudnia.
Śmierć przyszła nagle, niespodziewanie, nieproszona.
– Marek w ostatnim czasie przez miesiąc przebywał w szpitalu. Walczył z zapaleniem płuc. Była też mowa o wodzie w płucach i pocowidowych komplikacjach. Do tego od dłuższego czasu zmagał się z cukrzycą, nadciśnieniem. Ale wyszedł i czuł się dobrze – mówi Justyna Ozga, siostra M. Poniewierki.
Wigilię spędzili w rodzinnym gronie.
– Marek kupił apartament w Pobierowie. Byliśmy wszyscy dobrej myśli, planowaliśmy tam wspólny rodzinny wyjazd na sylwestra – dodaje pan Mirosław, szwagier M. Poniewierki.
– W drugi dzień świąt odwiedziliśmy mamę i Marka. Mówił, że odczuwa ból. Pokazywał na biodro, nogę. Widać było, że jest osłabiony. Teraz myślimy, że mogły to być kłopoty z sercem. Wtedy martwił się, jak pojedzie na tego sylwestra. Wspólnie zdecydowaliśmy, że zrezygnujemy. Żeby zadbał o siebie, odpoczął – mówią Justyna i Mirosław.
Ale nie spodziewali się tego, co miało nadejść.
– O 4.20 nad ranem w piątek, 30.12., zadzwoniła mama. Z tą straszną wiadomością. Bo to ona dostrzegła, co się stało. Jak stwierdził lekarz, Marek odszedł godzinę, półtorej wcześniej – mówi ze smutkiem J. Ozga.
Nie bał się ryzyka
Od zera, przed ponad 20 laty Marek Poniewierka (†53 l.) stworzył firmę, która jest znana na żarskim rynku. Ale nie tylko.
– Kończył technikum samochodowe. Ale od początku wiadomo było, że pójdzie niekoniecznie w tym kierunku. Najpierw był celnikiem. Pracował na przejściu granicznym w Olszynie. Potem zajął się działalnością, która w naszej rodzinie miała już tradycję. Nasz tato był kierownikiem w PZU. I można powiedzieć, że zarówno brat, jak i ja kontynuowaliśmy to, co robił przez lata tata – opowiada siostra M. Poniewierki.
M. Poniewierka próbował też sił w innych przedsięwzięciach.
– Nie bał się ryzyka, podejmował odważne decyzje. Jak chociażby o budowie kamienicy pod lokale użytkowe naprzeciwko Urzędu Skarbowego. Przecież to się wiązało z kredytem, a także z niepewną sytuacją w branży nieruchomości inwestycyjnych. Ale on był bardzo rzutkim człowiekiem. I bardzo ciężko na wszystko pracował – dodaje J. Ozga.
Z pasją
W dodatku, zarówno swoje zawodowe wyzwania, jak i prywatne pasje realizował z wilkiem rozmachem.
Kochał wędkarstwo uprawiane w wielu miejscach świata.
– Wędkował od lat. Wyjeżdżali zazwyczaj z grupą podobnych mu osób. Zapaleńców. Była to Norwegia, Hiszpania, bardzo często Niemcy. Wędkowali wtedy na Łabie. W zasadzie wracał z jednej wyprawy, dzielił się z nami wrażeniami i zaraz projektował kolejną. Bo te wyjazdy to była cała operacja logistyczna. Z planowaniem trasy, uzgadnianiem terminów, rezerwacją pobytów. Przygotowania nawet pół roku trwały – opowiada J. Ozga. I dodaje: – W domu za bardzo nie usiedział. Jak już na przykład oglądał telewizję, to oczywiście filmy o rybach.
– Lubił być zawsze jak najlepiej przygotowany. Starał się kompletować jak najlepszy sprzęt, odzież. To już się w garażu powoli przestawało mieścić – uśmiecha się na to wspomnienie pan Patryk, syn M. Poniewierki.
– Wędkowaliśmy na Nordkapp. To najbardziej na północ wysunięty kraniec Europy. To miejsce bardzo ważne dla takiego fascynata wędkarstwa, jakim był Marek. Tu łowiliśmy rekordowe dorsze – wyprawę do wędkarskiego Eldorado wspomina Radosław Kalinowski, przyjaciel M. Poniewierki.
W centrum Przylądka Północnego, na terenie którego znajduje się wielki globus, zrobili pamiątkowe zdjęcie. Całą grupą. Z polską flagą.
W Norwegii M. Poniewierka zaliczył swój życiowy rekord.
– To był halibut, który ważył 56 kg i mierzył 162 cm – opowiada o sukcesie przyjaciela R. Kalinowski.
– Wiem, że z taką rybą to się walczy i ponad godzinę. Tacie udało się ją wyciągnąć po 15 minutach – dodaje syn.
Ale M. Poniewierka za swoją pasją jeździł też w inne zakątki.
– Pamiętam wyjazd do Hiszpanii z tatą. Był szczęśliwy. Zupełnie nie zwracał uwagi na 56-stopniowy upał, wszędobylskie skorpiony i takie małe jadowite żmijki, których wiło się mnóstwo. Ja miałem wrażenie, że każda chwila może być ostatnią, a dla niego te ryby były najważniejsze – wspomina z uśmiechem Patryk.
– W październiku byliśmy we Włoszech na rybach, na rzece Pad. Przed pandemią jeździliśmy do Norwegii, co roku do Hiszpanii. Na przykład nad rzekę Ebro. I do Szwecji na wyspę Ekero. Jeździliśmy też na ryby do Finlandii, przez Litwę, Łotwę, Estonię – wylicza wspólne wyprawy R. Kalinowski.
Pożegnanie na zawsze
Teraz M. Poniewierka planował wymarzoną wyprawę i wielką przygodę w amazońskiej dżungli.
– Mieli tam mieszkać w takich barakach, w spartańskich warunkach. Ale to zupełnie go nie zniechęcało, bo najważniejsze było łowienie ryb – mówi szwagier M. Poniewierki.
– Wspominał też o wyjeździe na Mauritiusa – dodaje ze smutkiem syn.
Tych planów nie zrealizuje już nigdy.
– Marek to był wspaniały przyjaciel. Wspólne z nim wyprawy były niezapomniane, a Marek był najlepszym kompanem, na którego zawsze można było liczyć – kończy R. Kalinowski.
M. Poniewierka spoczął (3.01.) na cmentarzu komunalnym w Żarach. Żegnali go najbliżsi, znajomi, przyjaciele, a także koledzy z branży ubezpieczeniowej i wędkarze, z którymi wspólnie realizował swoją największą pasję.

