Anna Wojnarowska (63 l.), nauczycielka matematyki z Lubska, w poszukiwaniu prawdziwego uczucia zgłosiła się do programu „Sanatorium miłości”. Wiedziała, że to szalony pomysł, ale chciała przełamać życiową rutynę.
Na miłość nigdy nie jest za późno. Są kobiety, które czekają na tego jedynego i takie, które biorą sprawy w swoje ręce. Do takich należy Anna Wojnarowska, nauczycielka matematyki z Lubska. Dla niej okazją do znalezienia prawdziwej miłości stał się udział w programie telewizyjnym „Sanatorium miłości”.
„Regionalna”: Jak to się stało, że znalazłaś się w tym programie?
Anna Wojnarowska: Namówiła mnie moja córka Paulina. Znała ten program z poprzednich edycji i ciągle mi powtarzała, że idealnie się do tego nadaję, więc posłuchałam jej, poszłam za impulsem. Postanowiłam przełamać życiową rutynę. Z wszystkimi konsekwencjami. Lubsko, w którym mieszkam, to mała miejscowość, wszyscy mnie tu znają. Od 38 lat uczę matematyki w tutejszym Zespole Szkół Ogólnokształcących i Ekonomicznych. Wiedziałam, że będzie o mnie głośno. Mimo to pomyślałam: Dlaczego nie?
Dziś nie żałujesz tego wyboru?
Ja niczego w życiu nie żałuję. Poza tym ja naprawdę widziałam w tym programie szansę na znalezienie prawdziwej miłości.
Jaki jest twój ideał mężczyzny?
Córka się śmieje, że ja patrzę tylko na wygląd. Przyznaję, że pierwsze wrażenie jest bardzo ważne i wygląd jest bardzo istotny, ale nie tylko to. Między parą musi iskrzyć, musi być chemia od pierwszego spotkania, od pierwszego spojrzenia w oczy. Kolejną rzeczą, na którą zwracam uwagę, jest poczucie humoru. Tego często brakuje mężczyznom, zwłaszcza starszym. Poza tym dobrze, gdyby był szarmancki, inteligentny i odważny. A o takich dziś trudno. Ja jestem starej daty i oczekuję, że to mężczyzna będzie o mnie zabiegał, a nie odwrotnie.
Czego nie tolerujesz u mężczyzn?
Nie znoszę gawędziarzy. Takich, co to się przechwalają, czego to w seksie nie potrafią, a jeszcze nie zdążyli kobiety dobrze poznać. Takich skupionych tylko na sobie, którzy nie mają wyczucia, co, gdzie i kiedy wypada.
Czy nie odnosisz wrażenia, że mężczyźni trochę się ciebie boją? Czy ty ich trochę nie onieśmielasz swoją atrakcyjnością i pewnością siebie?
Nieśmiały facet to nie dla mnie. Ja czekam na prawdziwego zdobywcę, który będzie nadawał na tych samych falach, co ja. takiego, którego nie przytłoczę swoim temperamentem. I który będzie potrafił się ze mną śmiać, bawić i wygłupiać.
W programie „Sanatorium miłości” zawróciłaś w głowie jednemu z uczestników. Mowa o Edmundzie Lechowiczu z Żagania. Szybko pokazał, że wpadłaś mu w oko, a oświadczyny na wizji zaskoczyły całą Polskę. Ciebie też.
Edi adorował mnie od pierwszego dnia nagrań, ale myślałam, że to tylko żarty, że tak sobie flirtujemy. Nie przyszło mi do głowy, że on tak na serio. Wiem, że ma piękne ciało, jak na swój wiek. Jest wysportowany i umięśniony, mimo to nie mieści się w moim kanonie urody, bo muskularni mężczyźni nigdy mi się nie podobali.
Ostatecznie odrzuciłaś jego oświadczyny. Źle to odebrał. Prawie odszedł wtedy z programu.
Miał już wszystko poukładane, gotów był na pierścionek i ślub. To mnie przeraziło. Wiedziałam, że jako para nie nadajemy się do siebie. To człowiek bardzo skupiony na sobie, a ja tego nie lubię. Nie chciałam go zwodzić, zaproponowałam przyjaźń, bo tylko tyle mogłam.
Jak mieszkańcy Lubska zareagowali na twój udział w tym programie?
To szał, totalny szał! Gdy w telewizji emitowane są kolejne odcinki, Lubsko pustoszeje, bo wszyscy oglądają Ankę (śmiech). Już nie wspomnę o młodzieży w szkole, która cały czas mi kibicuje. Nagrywamy razem filmiki do internetu, wygłupiamy się. To miłe, że rozumieją moje żarty, że mnie wspierają. Mimo tej serdecznej relacji między nami, muszę zaznaczyć, że nauczycielką jestem wymagającą, żeby była jasność.
Czy podobasz się sobie, gdy widzisz siebie w zmontowanym już programie?
Właściwie tak, bo w tym programie byłam sobą i mieszkańcy mojego miasta dobrze to wiedzą. Jedyne, co mnie zaskoczyło, to mój wygląd. Kamera mnie nie kocha, dodaje mi kilogramów.
Jak to możliwe, że tak inteligenta, atrakcyjna, mądra i otwarta kobieta wciąż jest sama?
Może większość mężczyzn nie lubi przebojowych kobiet. Może wolą szare myszki. Żyjąc w Lubsku, nie jest łatwo. To mała miejscowość, wszyscy się tu znamy. Choć prawdą jest, że mój drugi mąż był stąd, więc jak widać, wszystko jest możliwe, jeśli ludzie się w sobie zakochają. Miłość to ciężki temat. Każdy jest inny, ma inne potrzeby. Ja wiem jedno, jestem gotowa na związek.
Wiem, że masz wielu fanów, ale hejt też się zdarza. Jak radzisz sobie z krytyką widzów?
Ileś osób mnie kocha, ileś nienawidzi. Hejtu jest mnóstwo, ja już przestałam to czytać. Najczęściej oceniają mnie kobiety, potrafią być bardzo złośliwe. To nie jest przyjemne, mimo to staram się zrozumieć tych hejtujących. Myślę sobie, że to ludzie nieszczęśliwi i w ten sposób chcą sobie ulżyć, chcą podleczyć swoje kompleksy. A niech sobie piszą! Gdyby mnie ktoś tak denerwował, jak ja niektórych denerwuję, to nie oglądałabym tego programu. Ocenianie drugiego człowieka po urywkach puszczonych w telewizji jest niesprawiedliwe. Na szczęście to mnie nie rusza. Ja znam swoją wartość, wiem, jaka jestem. Poza tym mam wielu przyjaciół i to jest dla mnie ważne. Kto mnie zna, wie, że ze mną można konie kraść.
Nagrywanie programu się skończyło, teraz oglądamy efekt w telewizji. Ania wróciła do swojego Lubska. „Królowa życia” – tak mawiają o tobie bliscy. Czy zgadzasz się z tym? Jesteś „królową życia”?
Staram się być (śmiech). Ale tu chodzi o podejście do życia, z którego staram się czerpać garściami, a nie o wywyższanie się.
Czego ci można życzyć?
Może tego, żeby nieszczęścia mnie omijały. Kiedyś zmagałam się z depresją, wiem, co to znaczy i nie chciałabym doświadczyć tego ponownie.
Wiele trzeba, żeby cię złamać?
Ludzkie gadanie mnie nie złamie. Gdyby mi przyszło biednie żyć, to też dam sobie radę. Ja nie mam wygórowanych potrzeb. Przeraża mnie tylko myśl o ewentualnej wojnie lub krzywdzie, którą ktoś mógłby wyrządzić moim dzieciom i wnukom. Ich zdrowie i szczęście są dla mnie najważniejsze.
22