Jechał drogą. Jak zawsze wózkiem inwalidzkim. Miał kamizelkę odblaskową i światełko. Spotkał nieobliczalnego kierowcę, który zepchnął go z drogi i odjechał z wbitym w auto wózkiem inwalidzkim. Janusz Homa († 60 l.) nie miał szans.
Najmłodszy syn swojej 86-letniej mamy, której towarzyszył każdego dnia. Taki był Janusz Homa (†60 l.) ze Straszowa (gmina Przewóz).
W środę, 16.04., ok. godz. 12, wracał ze sklepu Dino w Przewozie do domu wózkiem elektrycznym. Został staranowany przez samochód. Uderzenie rozpędzonego auta było tak silne, że pan Janusz wpadł do rowu. Z mocno rozbitą głową, nienaturalnie poodginanymi nogami, ze złamaniami.
Jeden ze świadków widział jasny samochód z wbitym w niego wózkiem inwalidzkim. Kierowca pędził z nim trzy kilometry. Wózek wyczepił się w Straszowie, na głównym skrzyżowaniu. Sprawca uciekł.
Tak się cieszył
– Janusz miał wózek elektryczny od niedawna. Bardzo się z niego cieszył. I widziałem go w środę, jak jechał do Przewozu – przeciera oczy Zbigniew Homa, najstarszy brat.
Widział go jeszcze z daleka, przy sklepie.
– Pojechał po wodę, żeby mamie do szpitala kupić – tłumaczy pan Zbigniew.
Pan Zbigniew jechał po żonę. Zadzwoniła do niego.
– Żebym koniecznie przyjechał. Bo do niej kuzyn zadzwonił, że z Januszkiem coś się stało. Bo wózek strzaskany leży. Pojechałem. Zobaczyłem wózek i policję… – opowiada pan Zbigniew.
Tak to zapamiętał.
– On uderzył w wózek i z nim jechał…. Wózek wyleciał dopiero, jak samochód w Straszowie skręcił. Policjanci gdzieś znaleźli zegarek. I telefon. A on? Miał całą głowę rozciętą – przeciera oczy pan Zbigniew.
– Co z tego, że poniesie karę? Mama bardzo przeżywa. Zginął jej syn. We wrześniu skończyłby 61 lat. Mama miała mieć operację, ma nowotwór. Ale odwołaliśmy. Bo ta trauma momentalnie bardzo ją osłabiła. Chce wracać do domu – tłumaczy brat.
Miał wypadek za sobą
Cała rodzina jest w szoku. Janusz miał za sobą ciężki wypadek, więc dbał o bezpieczeństwo.
– Z tyłu miał pomarańczową kamizelkę. Z przodu – zieloną. A jeszcze migające czerwone światełko – dodaje.
Pan Janusz był piłkarzem żarskiego MZKS „Włókniarz”. Pracował w cegielni w Witoszynie. Wtedy uległ wypadkowi. Został przerwany rdzeń kręgowy. Na początku się załamał, ale nabrał sił. Teraz był samodzielny. Niezależny, na rencie.
– Taki był z siebie dumny, bo załatwił dotację i kupił nowy piec na pelet. Wcześniej było to dofinansowanie na wózek. Mieszkał z mamą. Był jej wielkim wsparciem… – dorzuca cicho pan Zbigniew.
Śmierć na miejscu
– Gdy nadjechałam, stały już trzy samochody. Ale ludzie byli w szoku. Podszedłem do leżącego. Nie czułem pulsu, ręka była chłodna. Na miejsce też dotarła pani pielęgniarka. Nadjechali policjanci wracający z uroczystości w Przewozie. Zmienialiśmy się, żeby uciskać na zmianę. Gdy dojechała karetka, niestety stwierdzili zgon. Nie pozostało nic innego, tylko przykryć ciało kocem… – relacjonuje ks. Paweł Konieczny, proboszcz parafii p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Żarach.
– Potrącenie okazało się śmiertelne. Doszło do ciężkiego urazu czaszkowo-mózgowego oraz klatki piersiowej. Klatka była wiotka, czyli było wielokrotne złamanie żeber. Zespół odstąpił od reanimacji – uzupełnia Ryszard Smyk, szef pogotowia ratunkowego.
Aż do wieczora policjanci szukali sprawcy. Sprawdzali zapisy monitoringu, szukali świadków.
Przestraszył się?
W końcu wpadł. Mężczyzna sam się zgłosił.
– Potwierdzam, stawił się sam – mówi Anna Zielińska, szefowa żarskiej Prokuratury Rejonowej.
Jak się dowiadujemy, najpierw wynajął wziętego adwokata. I na komendę wszedł o godz. 21. W jego wsi (pod Żarami) słyszymy, że mieszkańcy jednego z budynków sprawdzili monitoring. Widać było na nim przejeżdżające gruntową boczną drogą auto z rozbitą przednią szybą i mocno pokiereszowanym bokiem. Powiadomili policję. Nie wiadomo, czy mężczyzna o tym wiedział. Słyszymy, że być może chciał opóźnić spotkanie z policjantami, bo są podejrzenia, że może chciał „przeczyścić” organizm.
– Zleciałam badania na obecność alkoholu i narkotyków. Czekamy na ich wyniki – dodaje A. Zielińska. – Za wypadek ze skutkiem śmiertelnym i ucieczkę z miejsca zdarzenia grozi mu od 5 do 20 lat.
18