Nie można dzieciom zabierać dzieciństwa. Na naukę przyjdzie jeszcze czas – uważają rodzice sześciolatków. I nie garną się, by posyłać maluchy do szkół. Dyrektorzy uspokajają, ale psychologowie ostrzegają przed zbyt wczesnym „wpychaniem” maluchów w dorosłość.
Rodzice napotkani w okolicach jednego z żarskich przedszkoli są sceptyczni. – Uważam, że posyłanie sześciolatków do szkół to zły pomysł. W ten sposób zabiera się im dzieciństwo. Wszystko musi przyjść w swoim czasie, jeszcze będą miały czas na naukę – przekonuje Danuta Szmigielska.
– Uważam, że to poroniony pomysł. Dzieci w tym wieku nie mają predyspozycji, by iść do szkoły. Zresztą szkoły też nie nadają się do przyjęcia sześciolatków – wtóruje jej Halina Białonoga.
-To są za małe dzieci na naukę. Mój wnuczek ma siedem lat, a uważam, że i dla niego jest za wcześnie na szkołę – martwi się Halina Białek.
Ogólnopolska akcja zbierania podpisów pod hasłem „Ratujmy maluchy” świadczy o tym, że i inni rodzice nie chcą posyłać dzieci do szkół.
Podstawowy zarzut stawiany przez rodziców to nieprzygotowanie szkół – przepełnione klasy, zły stan techniczny, brak oddzielnych stref dla małych dzieci. Część szkół w Żarach, np. Dwójka i Piątka, dysponuje oddzielnymi budynkami dla dzieci z najmłodszych klas. Pod „obstrzałem” są zespoły szkół, czyli podstawówki połączone z gimnazjami.
Kolorowy płotek
Argumenty sceptycznych rodziców starają się obalić dyrektorzy szkół. Przekonują, że są gotowi na przyjęcie sześciolatków.
– Od około 10 lat mamy w szkole oddziały dla pięcio- i sześciolatków. Już w tej chwili dzieci z klas podstawowych uczą się w tej części szkoły, do której nie mają dostępu gimnazjaliści i odwrotnie. Dodatkowo od września część korytarza prowadząca do gabinetów najmłodszych klas będzie odcięta przez kolorowy płotek, uniemożliwiający wejście starszym uczniom. Są też osobne szatnie i toalety – wylicza Artur Kubala, dyrektor Zespołu Szkół nr 2 w Żaganiu. I zapewnia, że w minionym roku szkolnym nie było ani jednego konfliktu pomiędzy uczniami z gimnazjum i podstawówki. Dyrektor przyznaje, że uczniowie spotykają się w kilku miejscach – na boisku lub przy szkolnym sklepiku, ale na każdej przerwie dyżuruje tylu nauczycieli, by dzieci były bezpieczne. Szkoła i boisko są monitorowane.
Przejść spod przedszkolnego parasola
– Nowa podstawa programowa to wyzwanie również dla nauczycieli. Wielu z nas musi zmienić sposób myślenia i wyjść zza nauczycielskich biurek po to, by w razie konieczności usiąść z dzieciakami na dywanie, w kąciku zabaw – mówi Aleksandra Gmerek z Zespołu Szkół nr 2 w Żaganiu, nauczycielka klasy pierwszej, w której już w minionym roku uczył się sześciolatek. Wychowawczyni zapewnia, że młodszy uczeń nie odstawał od pozostałych, bo do obowiązków szkolnych wdrażał się jako pięciolatek w „zerówce”. Nauczycielka podkreśla jednak, że nie dziwi się obawom rodziców. – Nie każdy sześciolatek potrafi płynnie przejść spod przedszkolnego parasola, gdzie dzieciaki leżakują i nie słyszą szkolnych dzwonków. Zdarza się to nawet siedmiolatkom – dodaje. Nauczycielka radzi, by w razie wątpliwości rodzice zasięgnęli porady nauczycieli z przedszkola, dotychczas pracujących z dziećmi, a także przyszli z dzieckiem do szkoły, gdzie będą mogli wszystko obejrzeć. – To powinno pomóc w podjęciu właściwej decyzji – podpowiada.
Krok w dorosłość
– Jestem przeciwniczką tego pomysłu – nie ukrywa Izabela Nowińska, psycholog z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Żarach. – Nie dlatego, że martwię się o bezpieczeństwo dzieci lub o to, że sobie nie poradzą. Nasze szkoły są przygotowane do przyjęcia maluchów, a program dopasowany do ich możliwości, podobnie jak teraz w przedszkolach – przekonuje I. Nowińska. – Chodzi o dojrzałość emocjonalną. Już teraz nierzadko zdarza się, że maturzysta nie potrafi podjąć wyboru co do właściwej drogi zawodowej. Co będzie, gdy decydować o całym niemal życiu będzie musiał ktoś jeszcze młodszy? Pójście do szkoły to krok w dorosłość. Od tego nie ma odwrotu – przestrzega I. Nowińska.

