Strona główna » Wilki Żary wracają na zwycięską ścieżkę. Kibice jeszcze szukają baterii do rozruszników serca

Wilki Żary wracają na zwycięską ścieżkę. Kibice jeszcze szukają baterii do rozruszników serca

przez Małgorzata Fudali-Hakman

Po dwóch przegranych meczach Wilki Żary wreszcie uznały, że wypadałoby coś komuś udowodnić. Najlepiej na własnym parkiecie, przy ulicy Zwycięzców, bo przecież sama nazwa zobowiązuje. Do hali ściągnęły prawdziwe tłumy kibiców. Swoich wspierali gospodarze, swoich przywieźli też kibice z Legnicy, więc atmosfera była gęsta jak powietrze przed burzą.

Początek należał do Żaran. W pierwszej kwarcie Wilki wyglądały jak drużyna, która pamięta, jak się gra w koszykówkę. Była koncentracja, była obrona i – co najważniejsze – były punkty. Radek Barcz wziął na siebie ciężar gry, Hubert Kondycki jako kapitan trzymał wszystko w ryzach. Goście mieli spore problemy z dostaniem się pod kosz, a po 10 minutach było 21:15. Czyli idealny moment, by uwierzyć, że tym razem będzie spokojnie.

Druga kwarta szybko ostudziła ten entuzjazm. Zamiast spokojnego budowania przewagi zaczęła się klasyczna wymiana ciosów. Punkt za punkt, akcja za akcję, zmiany prowadzenia i nerwy na trybunach. Ta część meczu zakończyła się remisem 20:20, więc do przerwy Wilki prowadziły 41:35 – wynik niezły, ale zdecydowanie nie taki, który pozwala spać spokojnie.

Podkręcili napięcie

Po przerwie gospodarze najwyraźniej uznali, że kibice trochę za bardzo się rozluźnili. Trzecia kwarta to powrót starych problemów: niedokładność, chaos i goście, którzy skrzętnie z tego skorzystali. KS Basket Legnica odrobił straty, doprowadził do remisu, a nawet wyszedł na prowadzenie. Wilki swoim zwyczajem wprowadzili element napięcia i podkręcili niektórym rozruszniki serca.

Na szczęście w czwartej kwarcie Wataha nabrała tempa, agresji i skuteczności. Kibice również stanęli na wysokości zadania, bo doping był tak głośny, że nawet najbardziej wytrwali drzemkowicze z trzeciej kwarty musieli otworzyć oczy.

A gdy Hubert Kondycki trafił w ostatniej sekundzie zza linii środkowej, hala zareagowała tak, jakby właśnie odkryto nowy kontynent. Gospodarze wygrali ostatnią odsłonę 24:17, udowadniając, że potrafią grać świetnie, pod warunkiem, że naprawdę się do tego zabiorą.

Cały mecz zakończył się zwycięstwem Wilków Żary 81:72 (21:15, 20:20, 16:20, 24:17). Wygrana z bezpośrednim rywalem w tabeli, przed własną publicznością i po dwóch porażkach, czyli dokładnie wtedy, kiedy naprawdę była potrzebna.

Garść statystyk

Statystyka Wilków pokazuje bardzo wyraźny podział ról – był to mecz liderów i „reszty świata”. Dwaj najlepsi strzelcy, Kacper Reczyński i Radosław Barcz, zdobyli po 18 punktów, czyli razem dokładnie tyle, ile niemal połowa całej drużyny. Co ważniejsze – wreszcie się obudzili. Po słabszych występach z poprzednich spotkań tym razem od pierwszych minut było widać, że mają coś do udowodnienia. Brali na siebie odpowiedzialność, nie chowali się za kolegami i ciągnęli drużynę do zwycięstwa – raz rzutem z dystansu, raz agresywnym wejściem pod kosz, raz zimną krwią na linii rzutów wolnych.

Reczyński trafił aż 4 „trójki”, a przy 9 celnych rzutach zespołu zza łuku oznacza to, że prawie połowa dystansowej skuteczności należała do niego. Barcz z kolei był bardziej „roboczy”: mniej efektowny, ale bezlitośnie skuteczny – 5/7 z wolnych i ciągłe wymuszanie fauli na rywalach.

Drugą linię ataku stanowili Hubert Kondycki (14 pkt) i Dawid Łyba (10 pkt). Kondycki dołożył 4 trafione rzuty za trzy w tym niesamowity rzut z połowy boiska, czyli był drugim, obok Reczyńskiego, najgroźniejszym strzelcem z dystansu. Łyba natomiast był bezbłędny z linii rzutów wolnych (4/4), co w nerwowych momentach miało większe znaczenie, niż sugeruje sucha tabelka.

Reasumując. Jak się chce, to można.

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz