Krystyna Lubowska, 78-letnia mieszkanka Nowej Soli, budzi się po kilka razy w nocy. Ma chore serce, więc lekarz zabronił się stresować. Ale jak tu się nie stresować, kiedy czuje łaskotanie w szyję albo w rękę. Otwiera oczy i je widzi. Wtedy wstaje, otrzepuje się i rozpoczyna polowanie. Zagląda do szafek i wszystkich zakamarków. Tłucze je butem.
Dawniej pani Krystyna mieszkała w lokalu komunalnym w innej części miasta. Mieszkanie miało 55 metrów – za dużo dla samotnej starszej kobiety. Z biegiem lat coraz trudniej było jej nosić drewno i węgiel. Rachunki ją przerastały. Na remont nie miała szans odłożyć z emerytury. Dlatego sześć lat temu przeniosła się do [paywall] budynku socjalnego przy ulicy Wróblewskiego. Niewielka kawalerka – wystarczająca. Na początku wszystko było w porządku.
– Karaluchy pojawiły się dopiero po trzech latach. Ktoś się sprowadził i przywlókł – wspomina. Początkowo widywała pojedyncze sztuki. Z czasem było ich coraz więcej i coraz większe.
Wstyd dla miasta
O problemie poinformowała redakcję Aneta Dziki, córka pani Krystyny. Mieszka w Hiszpanii.
– Szczycą się, jak to się Nowa Sól rozbudowuje, jakie to strefy pootwierali, a w centrum miasta, w mieszkaniu mojej mamy, która niczym nie zawiniła, chodzą setki karaluchów, których sama nie zwalczy. Skazywać człowieka w XXI wieku na życie z robalami? Przecież to wstyd dla całego miasta – złości się pani Aneta. Nie rozumie, dlaczego miasto nie sfinansuje dezynsekcji swojego budynku. – Dzwoniłam do Sanepidu. Zwalali winę na ZUM. Dzwoniłam do ZUM. Usłyszałam, że nic nie mogą zrobić – relacjonuje.
Zgłosiły się tylko trzy rodziny
Tym budynkiem zarządza Zakład Usług Mieszkaniowych – to spółka miejska. Prezes Artur Mielcarek ze swojego biura ma do budynku przy Wróblewskiego kilka kroków.
– Znam problem – zapewnia.
W budynkach, które nadzoruje, ZUM ma obowiązek przeprowadzać dwa razy w roku dezynsekcję i deratyzację. Tak nakazuje ustawa.
– Kolejne zrobimy jesienią – zapowiada prezes. – Możemy je robić tylko w częściach wspólnych – zastrzega, na myśli mając korytarze, strychy, piwnice. A co z mieszkaniami? – Nie mamy prawa wchodzić do lokali mieszkalnych, chyba że zagrożone jest życie lub zdrowie – odpowiada Mielcarek.
Pani Krystyna powiadomiła ZUM o pladze karaluchów pod koniec ubiegłego roku. To nie przyniosło efektu, więc po kilku tygodniach powiadomiła Sanepid.
– W marcu 2025 roku niezwłocznie wysłaliśmy w tej sprawie pismo do ZUM – mówi Agnieszka Długosz, kierowniczka działu higieny komunalnej. Sanepid poinstruował w piśmie, co należy zrobić. Poinformował też o zagrożeniach, które niesie ze sobą plaga karaluchów – to źródło wirusów, bakterii, grzybów i pasożytów.
ZUM znalazł firmę – zgodziła się wykonać dezynsekcję.
– Warunki były bardzo preferencyjne, nieco ponad 80 złotych od lokalu – informuje prezes. – Zapłacić mieli mieszkańcy, bo my nie możemy płacić za sprzątanie w lokalu, za który odpowiada lokator – zastrzega.
W budynku jest 76 lokali. Na dezynsekcję zgodziły się tylko trzy rodziny, w tym pani Krystyna. Większość nie chciała zapłacić. Nie chcieli też otworzyć swoich mieszkań. A. Długosz zastrzega, że apelowała do władz miasta, żeby znalazły pieniądze na ten cel i dogadały się z lokatorami, że później oddadzą. Bo trzeba było działać natychmiast. Władze pieniędzy nie znalazły.
Dezynsekcję wykonano, ale tylko w kilku mieszkaniach, u lokatorów, którzy zapłacili. To była robota głupiego, bo karaluchy w kilkudziesięciu mieszkaniach przetrwały i nadal pleniły się w całym budynku.
W Urzędzie Miasta zapytaliśmy m.in., czy planują uchwałę wsparcia dezynsekcji dla lokali socjalnych z taką plagą.
„Na ten moment Urząd Miasta nie prowadzi prac nad projektem uchwały, która umożliwiałaby finansowanie zabiegów dezynsekcyjnych w lokalach mieszkalnych należących do zasobu socjalnego. Jednocześnie rozważane są różne rozwiązania systemowe, które mogłyby poprawić skuteczność działań w zakresie utrzymania odpowiedniego standardu higienicznego w lokalach socjalnych, szczególnie w przypadkach braku współpracy ze strony lokatorów” – odpowiedzieli.
Zostają lepy i soda
ZUM nie powiadomił Sanepidu, że problemu nie udało się zażegnać. Karaluchy w budynku przy Wróblewskiego mnożą się na potęgę. Pani Krystyna została z tym sama. Radzi sobie, jak umie. Zastawia pułapki – chleb nasączony wodą z cukrem i sodą, ułożony na pokrywce.
– Karaluchy to jedzą, puchną i zdychają – mówi. Patent znalazła w internecie.
Chemią pryska rzadziej – boi się, że znowu się podtruje, jak kiedyś.
Mieszkanie ma wysprzątane na błysk. Żywność trzyma tylko w pudełkach. Wszystko sterylnie zamyka. Na blacie nie zostawia okruszka. Zlew na noc zatyka szmatką, miską, folią. Ale kratek wentylacyjnych przecież nie pozatyka.
Co kilka dni rozkłada w mieszkaniu lepy. Na każdej płytce przylepione dziesiątki, czasem setki robaków – małych i dużych.
– Ale zaraz i tak przyjdą kolejne – martwi się. I boli ją serce. Ma skołatane nerwy.
Nie zasłużyła na taki los
Pani Krystyna z powodu karaluchów coraz bardziej się izoluje. Nawet bliskich woli nie zapraszać.
– Mówię ludziom wprost: nie przychodźcie. Bo zaniesiecie to do domu i będziecie walczyć, jak ja walczę – opowiada.
Czuje się coraz bardziej samotna. Kiedy opowiada o swojej sytuacji, płacze. Z bezsilności i dlatego, że nikt nie chce jej pomóc.
– Nie potrafię tego zrozumieć – podkreśla. Pracowała w Juniorze – fabryka butów odebrała jej zdrowie. Potem dorabiała, gdzie mogła. Kilka lat temu została siostrą Polskiego Czerwonego Krzyża. Opiekowała się umierającymi – myła, przewijała, karmiła, zmieniała opatrunki. Zawsze towarzyszyła do końca. Tak jak swojemu mężowi, który zmarł na raka, gdy miał 58 lat.
W mieszkaniu pani Krystyny parapet, szafa i stolik zastawione są roślinami. Paprotki, storczyki, skrzydłokwiaty. Każda ma imię.
– Tu Heniu, tu też Heniu, tam Jadzia, tam Stasia, Helenka, Stenia… – wylicza. To pamiątki po podopiecznych, których odprowadziła na drugą stronę.
– Życie mnie doświadczyło. Twarda jestem. Tylko z tymi karaluchami nie mogę sobie poradzić – wzdycha. Płacze. I pyta: – Czym na to zasłużyłam?
***
Karaluchy są źródłem bakterii, wirusów, grzybów i pasożytów. Drobnoustroje chorobotwórcze przenoszone przez te owady odpowiadają za zatrucia pokarmowe, przenoszą bakterie gruźlicy i cholery, a także wirusy, na przykład grypy. Na owadach tych bytują również pierwotniaki i grzyby, co powoduje, że stanowią zagrożenie zarówno dla ludzi, jak i żywności. Nie tylko sam owad i jego odchody, ale także zjedzenie pokarmu, na którym żerował, może być źródłem zakażenia. Odchody i powłoki karaluchów trafiają również do kurzu domowego i wywołują alergię wziewną. Alergeny karalucha mogą też reagować krzyżowo z antygenami roztoczy.