– Po 15 minutach pod wodą kora mózgowa człowieka obumiera. Nawet jeśli taka osoba zostałaby wyciągnięta, jeśli jej czynności życiowe zostałyby przywrócone, to i tak byłaby już rośliną. Zbyt długie niedotlenienie powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu – mówi Marcel Korkuś, płetwonurek, który namierzył sonarem ciało Marcina.
Marcel Korkuś: – Wzywają mnie do akcji poszukiwawczych prowadzonych nie tylko na terenie województwa lubuskiego, ale też w całej Polsce, a nawet za granicą. Szukałem 17-letniego Jakuba w Narwi, szukałem w Odrze ciała zamordowanego Mariana Mula, w przeszłości odnalazłem ciało 3,5-letniego Kacperka, odnalazłem ciało Joanny Gibner, zamordowanej ponad 20 lat wcześniej przez męża. W sobotę wróciłem do domu z Opola, gdzie trwała akcja poszukiwawcza samochodu. Znalazłem go w akwenie, gdzie leżał od 17 lat. Myślałem, że niedzielę będę miał wolną. Ale zadzwonił kolega ze straży pożarnej i poprosił, żebym przyjechał do Nowego Miasteczka. Na szczęście jeszcze nie wypakowałem sprzętu z samochodu, więc mogłem ruszyć od razu. Jestem jednak z Żar, więc do przejechania miałem prawie 50 kilometrów.
Regionalna: Kiedy dojechał pan na miejsce?
– Dosyć szybko, bo po około 40 minutach od zgłoszenia, mimo że przecież nie jeżdżę pojazdem uprzywilejowanym. Na miejscu trzeba było jeszcze przygotować sprzęt, wszystko podłączyć. Więc minęło zbyt dużo czasu, by wyłowić tego człowieka żywego.
Czyli rozpoczął pan poszukiwania ze świadomością, że ten człowiek najpewniej już nie żyje, że szukacie już tylko ciała?
– Tak. Po 15 minutach pod wodą [paywall] kora mózgowa człowieka obumiera. Nawet jeśli taka osoba zostałaby wyciągnięta, jeśli jej czynności życiowe zostałyby przywrócone, to i tak byłaby już rośliną. Zbyt długie niedotlenienie powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu.
Na czym polegały pana czynności?
– Tym razem nie nurkowałem, bo był już płetwonurek na miejscu. Miałem ze sobą dwa sonary. W miejscu, w którym namierzyłem ciało, wrzuciliśmy bojkę. Płetwonurek je wydobył.
Co było prawdopodobną przyczyną utonięcia tego człowieka?
– Z relacji świadków wiadomo, że mężczyźni założyli się, który szybciej przepłynie na drugą stronę akwenu i z powrotem. Mężczyzna, który zginął, przecenił swoje możliwości. A przecież to kąpielisko jest niestrzeżone. Dodatkowo jest tam duża głębokość. W miejscu znalezienia ciała były trzy metry głębokości, ale na środku jeziora, gdy pływałem z sonarem, namierzyłem siedem metrów głębokości. Z relacji mieszkańców wiem, że są miejsca w tym akwenie o głębokości 11 metrów. Tego typu zbiorniki, gdzie wcześniej prowadzono różne wydobycia, czyli na przykład dawne żwirownie i glinianki, potrafią być nie tylko głębokie, ale też bardzo niebezpieczne przez swoją nieprzewidywalność. Bo nie wiadomo, co się znajduje pod wodą. Są to na przykład różnego rodzaju kołki wbite w dno. Są to pozostałości różnego rodzaju sprzętu. Kiedyś wydobywałem mężczyznę, który skoczył do wody, a było tam zbiorowisko kamieni na dnie. Złamał sobie kręgosłup. To bardzo ważna zasada, że nie powinniśmy wskakiwać do wody, której nie znamy!
Dlaczego właśnie pan jest wzywany do tego typu przypadków?
– Problem w naszym województwie jest taki, że zawodowe służby ratownicze nie dysponują specjalistycznym sprzętem w postaci sonarów. Owszem, niektóre ochotnicze straże pożarne mają sonary, ale wędkarskie.
Czym one się różnią od tych bardziej profesjonalnych?
– Sonary do profesjonalnych poszukiwań ludzi pod wodą, takie jak moje, kosztują w granicach 200 tys. zł. Sonary wędkarskie kosztują ok. 15-20 tys. zł. Różnica jest przede wszystkim w jakości obrazu. Sonar wędkarski, owszem, zlokalizuje na przykład ławicę ryb, albo jakiś duży sprzęt zanurzony w wodzie, natomiast ciężko jest przy jego pomocy zlokalizować ludzkie ciało. Rozumiem intencje OSP, które kupują sonary wędkarskie. Te intencje są dobre. Ale z drugiej strony kupowanie sonarów wędkarskich, to trochę jak wyrzucanie pieniędzy w błoto.
Czyli w województwie lubuskim jest pan jedyną osobą, która posiada profesjonalny sprzęt do poszukiwania ludzkiego ciała pod wodą?
– Tak, jestem jedyny. Stąd mój apel do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, o przyznanie pieniędzy na zakup tego typu specjalistycznego sprzętu dla województwa lubuskiego. Bo w tej chwili albo wzywane są jednostki z ościennych województw, na przykład z Poznania, Legnicy, Wrocławia, albo jadę ja, w ramach wolontariatu. Bo ja to wszystko robię za darmo. A przecież tu chodzi o ludzkie życie, tu liczy się każda sekunda.
Jedzie pan, jako wolontariusz, żeby chociaż spróbować uratować człowieka.
– Tak. I używam prywatnego sprzętu, na który wydałem prywatne pieniądze. Tak to niestety w naszym województwie wygląda.
Nie najlepiej, nie tylko w naszym województwie, ale w całej Polsce, wygląda też kwestia ratowników wodnych, których coraz częściej brakuje na kąpieliskach. Tym samym, gdy topi się człowiek, brakuje szybkiej, profesjonalnej reakcji.
– Ratownicy są kiepsko opłacani, w sezonie zarabiają nad morzem, więc rzeczywiście na akwenach, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, tych ratowników brakuje. Kąpieliska są niestrzeżone. A jeśli nawet są strzeżone, to i tak ludzie nie zawsze mogą mieć gwarancję, że odbywa się to w sposób profesjonalny. Dawniej działało głównie Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Teraz na rynku pojawiają się komercyjne firmy prywatne. Mają uprawnienia do wykonywania ratownictwa wodnego. Ale nie wszystkie te firmy działają w sposób uczciwy, przejrzysty. Wiele spośród nich, chcąc zarabiać, wygrywając przetargi na zabezpieczenie akwenów, basenów itd., zatrudnia tanią siłę roboczą, ściągając przykładowo osoby zza wschodniej granicy. Masowo szkolą tych ludzi w trakcie szybkich kursów. Bywa, że ci ludzie nie potrafią nawet dobrze pływać, na takim poziomie, na jakim powinien pływać ratownik, czyli wszystkimi stylami, perfekcyjnie i w określonych limitach czasu nie tylko na powierzchni, ale też pod wodą. W konsekwencji, nawet z ratownikiem ludzie nie mogą czuć się bezpiecznie.
I co roku, zwłaszcza w wakacje, dochodzi do kolejnych utonięć.
– Mimo kampanii medialnych, mimo że dużo się mówi na ten temat, to bilans wakacji i tak jest zawsze tragiczny. Najwięcej utonięć jest na początku wakacji.
Dlaczego?
– Może dlatego, że o utonięciach najwięcej zaczyna się mówić, gdy już do nich dojdzie. I wtedy w ludziach, którzy czytają te wszystkie artykuły, budzi się większa ostrożność.
Co jest powodem większości utonięć?
– Często jest to alkohol, nieuwaga, głupota, brak kamizelek ratunkowych na środkach pływających, czyli na przykład łódkach, rowerkach wodnych, przecenianie swoich możliwości pływackich.
Zdarza się, że jedziemy nad jezioro, wynajmujemy rower wodny, pijemy alkohol, wskakujemy do wody…
– Alkohol rozrzedza krew. Połączenie tego z długim przebywaniem na słońcu daje taki efekt, że wejście do zimnej wody może skutkować na przykład atakiem serca i właśnie utonięciem. Po alkoholu w ogóle nie powinno się wchodzić do wody, to podstawowa zasada.
Jakich jeszcze zasad musimy przestrzegać?
– Nie wchodźmy rozgrzani do wody, bo również tego nasze serce może nie wytrzymać. Najpierw schładzajmy się, polewając wodą twarz, kark, klatkę piersiową. Później stopniowo możemy się zanurzać. Pamiętajmy, że woda jest żywiołem, który nigdy nie wybacza.
Dziękuję za rozmowę.
56