Strona główna » Smród i muchy nie dają nam żyć w Bobrownikach

Smród i muchy nie dają nam żyć w Bobrownikach

przez imperia

Mieszkańcy wsi Bobrowniki w gminie Otyń skarżą się na rekultywację dawnego składowiska odpadów. – To żadna rekultywacja – pomstują. – To tworzenie nowego wysypiska! Niekiedy śmierdzi tak, że nie idzie wysiedzieć! – skarżą się.
– Śmierdzieć potrafi na całą wioskę, czyli w promieniu nawet dwóch kilometrów od wysypiska – skarży się Dariusz Zakrzewski, mieszkaniec wsi Bobrowniki. Na myśli ma rekultywację. Nie używa jednak tego słowa. Mówi wysypisko. – Bo jak inaczej nazwać teren, na który zwożone są śmieci? – pyta retorycznie. Wiele razy spacerował z psem w okolicach rekultywowanego terenu i wiele razy czuł tam smród. – Jakby ścieki, a jednak trochę inaczej – próbuje scharakteryzować nieprzyjemny zapach, do czegoś go porównać. Narzeka też na muchy. – W kuchni zawiesiłem trzy lepy, tyle ich lata – pomstuje.
– U mnie muchy tak nie latają, ale śmierdzi, najczęściej wieczorami – potwierdza Helena Ducka. Ma 75 lat. Potrafi odróżnić smród obornika wywożonego na pola od zapachu, który tak często spowija Bobrowniki. – Wysiedzieć nie idzie, trzeba się w domu chować – złości się pani Helena.
Muchy duże, zielone, z robakami 
Krzysztof Graczyk mieszka w Bobrownikach [paywall] . Buduje tu domy, które później sprzedaje. Zamieszcza ogłoszenia o sprzedaży, że piękna okolica, że pola, lasy… – Przyjeżdżają klienci. Przyznają, że pięknie, ale pytają „A dlaczego tak śmierdzi?” – skarży się Graczyk. – Mówię prawdę, że to przez wysypisko. I wtedy bywa, że tracą zainteresowanie. Wysypisko niszczy moje życie – pomstuje.
Barbara, żona Graczyka, smród porównałaby do szamba. – Gorzej niż ze studzienki – ocenia. Z początku myślała, że to może z pól. Ale zrobiła rozeznanie wśród mieszkańców i okazało się, że żaden tak nie nawozi. – Zresztą, przecież taki smród z pól byłby sezonowy, pojawiałby się na chwilę, a ten smród pojawia się przez cały czas, na przykład co kilka dni – zaznacza Barbara Graczyk. Tydzień temu śmierdziało dzień w dzień.
B. Graczyk też narzeka na muchy. – Niesamowita ilość, ciężko się opędzić. To te duże, zielone, z robakami. Strach jedzenie na zewnątrz zostawić, bo zaraz obsiądą. Wszystko trzeba chować.
Graczykowie wynajmują pokoje, ostatnio Ukraińcom. I nieraz ci Ukraińcy pytają: „Skąd u was tyle much?”.
Urzędniczy ping-pong 
– Dokoła wysypiska jest 70 hektarów ziemi przeznaczonej pod zabudowę jednorodzinną – zwraca uwagę Robert Kowalewicz, mieszkaniec Bobrownik i radny z tej wsi. – Ale śmierdzi, latają muchy, więc to raczej kiepska reklama dla potencjalnych klientów – zauważa.
W sprawie much zadzwonił do WIOŚ. – Usłyszałem w słuchawce, że mam dzwonić do sanepidu – złości się. – Zadzwoniłem do sanepidu, a tam mówią, że mam dzwonić do WIOŚ. Przecież to jakiś absurd!
Do tego urzędniczego ping-ponga nad rekultywacją Kowalewicz jest już przyzwyczajony. – Przecież żaden z urzędników nie przyznał się do jakiegokolwiek błędu, gdy wyrażano zgody na zwożenie prawie 150 tysięcy ton odpadów do Bobrownik – pomstuje radny. – Żaden nie odpowiedział za kuriozalne decyzje – na myśli Kowalewicz ma choćby zgodę wydaną przez starostwo, żeby odpady, niekiedy śmierdzące, zwożono do Bobrownik przez wioskę! W konsekwencji mieszkańcy wyszli dwa lata temu na ulicę. Zostali spacyfikowani przez policję. To oni doznali krzywdy, protest okupili siniakami i traumą, musieli płacić mandaty, niektórzy walczą w sądzie do dziś o swoje dobre imię. – Tymczasem urzędnicy, którzy podejmowali decyzje, nadal rządzą i mają się świetnie – zaznacza Kowalewicz. – Nikt nie zapytał nas o zdanie, nie było konsultacji społecznych – przypomina. – Nikt nie myślał o nas wtedy i nikt nie myśli teraz. Tym, że u nas śmierdzi, że latają muchy, nikt z zewnątrz się nie przejmuje. Pan Wrześniak (wicestarosta – red) powiedział nawet, że jemu nie śmierdzi. Jeśli robią kontrole, to dopiero po naszych pismach i telefonach. A powinni tu być prawie codziennie!
Trudno odmówić Kowalewiczowi racji. Na kolejnych sesjach rady powiatu temat Bobrownik w zasadzie nie jest poruszany, tak jakby problem nie istniał.
Trzy panie i jeden pan
Sołtyska Weronika Poryszko ma zwierzęta na podwórku, między innymi konie. – I dawniej, mimo wszystko, nie było u mnie tyle much, a teraz jest plaga – potwierdza doniesienia mieszkańców. Sołtyska osiatkowała wszystkie okna. – Jeśli pojawi się nieszczelność, to w domu momentalnie mam sto much i muszę pryskać muchozolem – pomstuje Poryszko. Potwierdza też doniesienie o smrodzie. – Taka jakby kiszonka – ocenia.
Sołtyska po telefonach od mieszkańców zadzwoniła do gminy. Tam miała usłyszeć od burmistrz Barbary Wróblewskiej deklarację, że sprawa smrodu i plagi much zostanie przekazana do WIOŚ.
– Przyjechały trzy panie i jeden pan – relacjonuje Kowalewicz. – Towarzyszyliśmy im, ale tylko przez chwilę – w tym momencie radny wspomina między innymi o Andrzeju Ławniczku, czyli byłym sołtysie Bobrownik, a także o kilku mieszkańcach okolic rekultywowanego składowiska. – Nie wpuszczono nas tam. Nie wiemy, co inspektorzy WIOŚ tam zrobili. Co ustalili? Czy pobrali jakieś próbki? – zastanawia się.
– Nieprzyjemnie się dzieje – Ławniczek, były sołtys, wtóruje radnemu. – Co jest tam wysypywane? – zastanawia się głośno. – Auta wjeżdżają od lasu, przykryte plandekami – zauważa.
Co sprawdzali? 
W poniedziałek skontaktowaliśmy się z Wojciechem Konopczyńskim, zastępcą Lubuskiego Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska. Kazał nam przysłać pytania mailem. Oto treść: „W ubiegłym tygodniu, po skargach mieszkańców, na miejsce pojechali inspektorzy WIOŚ. Czy celem wizyty była kontrola? Jeśli tak, to jaki był jej zakres, czego dotyczyła? Kiedy można się spodziewać wniosków z tej kontroli? Mieszkańcy uskarżają się na smród i plagę much. Czy rzeczywiście powodem jest rekultywacja?”.
Odpowiedź otrzymaliśmy po dwóch dniach, w środę. Joanna Michalik-Pietraszak potwierdziła w mailu, że 14 września inspektorzy przeprowadzili kontrolę. – Celem było zebranie informacji potwierdzających doniesienie dotyczące uciążliwości odorowych występujących we wskazanej miejscowości – doprecyzowała. – Czynności wykonane zostały z udziałem przedstawicieli Starostwa Powiatowego w Nowej Soli. Działania sprawdzające ukierunkowane zostały na aspekt identyfikacji źródła odorów – poinformowała urzędniczym językiem. Mówiąc po ludzku: urzędnicy sprawdzali, skąd śmierdzi.
– Stwierdzono, że na gruntach uprawnych prowadzone były zabiegi agrotechniczne – kontynuuje rzeczniczka. – W chwili kontroli nie stwierdzono stosowania ani obecności nawozów naturalnych. W pobliżu pól nie był wyczuwalny nieprzyjemny zapach (więc smród nie pochodził z pól – red.). Uciążliwości odorowych nie stwierdzono także w pobliżu zabudowy mieszkalnej zlokalizowanej przy drodze dojazdowej do składowiska.
Kolejnym miejscem, które skontrolowali urzędnicy, było rekultywowane składowisko odpadów w Bobrownikach. – Na terenie obiektu stwierdzono obecność materiału stosowanego do rekultywacji stanowiącego źródło emisji odorów – kontynuuje rzeczniczka. – Dodatkowym aspektem wymagającym uwagi była względnie duża liczba much zalegających przy materiale organicznym wykorzystywanym do rekultywacji – rzeczniczka potwierdza doniesienia mieszkańców. – Po wykonanych czynnościach terenowych Inspektorzy WIOŚ wraz z pracownikami Starostwa Powiatowego w Nowej Soli udali się do Urzędu Gminy w Otyniu, gdzie złożono pani burmistrz relację z przeprowadzonych działań – kwituje Michalik-Pietraszak.
Znaleźli rozwiązanie. Czy się sprawdzi?
– Gmina nie jest stroną w postępowaniu, dlatego po zgłoszeniach od mieszkańców natychmiast powiadomiłam kompetentne instytucje, czyli WIOŚ i starostwo – informuje burmistrz Barbara Wróblewska. – Zażądałam, żeby po kontroli zdali mi relację. Skoro potwierdziło się, że odór i muchy pochodzą ze składowiska, to oczekiwałam od kontrolujących jakiegoś rozwiązania tej sytuacji. Wcześniej poczytałam sobie, że są środki, które niwelują tego typu zapachy. Spotkałam się z prawnikami spółki prowadzącej rekultywację. Poinformowali, że tego typu środki, po moich sugestiach, zostały już zakupione i będą stosowane.

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz