Strona główna » Przejechałam milion kilometrów

Przejechałam milion kilometrów

przez imperia

– W kwestionariuszu jest pytanie o liczbę przejechanych kilometrów. I ja zawsze wpisuję, że milion, bo nie da się zliczyć kilometrów, które przez te wszystkie lata przejechałam – mówi Anna Pater, zawodowy kierowca z Nowej Soli, kobieta, która żadnej pracy się nie boi.
Anna Pater: – Zawsze marzyłam o podróżach, chciałam zobaczyć świat, ale pochodzę z niezamożnej rodziny, w domu nie było pieniędzy, więc długo nie mogłam tych marzeń spełnić. Nie mogłam też pójść na studia, musiałam podjąć pracę. Pierwszą znalazłam w hotelu, w biurze. Za pierwsze zarobione pieniądze pojechałam na autokarową wycieczkę do Paryża. I wtedy zobaczyłam, że kierowca autokaru wszędzie chodzi z [paywall] wycieczką, że zwiedza, niekiedy za darmo. Postanowiłam, że kiedyś zostanę takim kierowcą. Najpierw zrobiłam jednak prawo jazdy na ciężarówkę.
Regionalna: – I zatrudnili panią za kierownicą ciężarówki?
– Zaczęłam szukać takiej pracy, ale wtedy, 15 lat temu, nie chcieli zatrudniać kobiet w tej branży. Złożyłam CV na przykład w firmie, która wozi meble. Ale oni chcieli, żeby kierowca jednocześnie dźwigał te meble. A ja jestem mała i chuda. Mam 155 cm wzrostu i ważę 45 kilogramów. Mówili „dziewczyno, daj sobie spokój”. Nie zrażałam się. Robiłam kolejne uprawnienia, na autobus, na autobus z przyczepą, na lawetę… Wierzyłam, że duża liczba uprawnień zwiększy moje szanse, tym bardziej, że musiałam znaleźć nową pracę, bo w hotelu pracowałam tylko na zastępstwo.
Zwiększyła?
– Na początku nie. Szukałam pracy jako kierowca autobusu, ale tam też zatrudniali tylko mężczyzn. Ktoś mnie zobaczył i pytał „gdzie ja z nią pojadę?”. Dlatego zdobyłam uprawnienia instruktora nauki jazdy i uczyłam ludzi jeździć. Byłam chyba pierwszą kobietą-instruktorem w Nowej Soli. Zastanawiałam się, czy nie zrobić uprawnień egzaminatora, ale po namyśle doszłam do wniosku, że to by mnie tylko uwiązało w pracy w jednej miejscowości. Gdybym była w jednej pracy, ciągle w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, to bym się udusiła. Instruktorem byłam trzy lata, do czasu, aż mój szef umarł i szkoła została zamknięta. Znowu musiałam szukać pracy. Polskie firmy nie chciały mnie zatrudnić za kierownicą ciężarówki, ale zatrudnili Holendrzy. Jeździłam chłodnią po całej Europie.
Czyli mogła pani wreszcie zwiedzać świat.
– Nie do końca, bo z ciężarówki nie da się za wiele zobaczyć. Pamiętam, że zawsze byłam głodna. Wiadomo, praca siedząca. Żeby nie przytyć, po prostu mało jadłam. W ten sposób, mimo wykonywania męskich prac, nie straciłam nic z kobiecości.
Nie bała się pani tak jeździć?
– Najbardziej bali się rodzice, że ktoś mnie zgwałci, porwie, zamorduje. Na szczęście jeździłam z dwiema koleżankami, ze Szczecina i Zielonej Góry. Jak kładłyśmy się spać, to klamki od drzwi spinałyśmy pasem od środka i wtedy byłyśmy bezpieczne.
Odwagi na pewno pani nie brakuje, skoro jest pani strażakiem ochotnikiem…
– 10 lat temu OSP Przylep szukało kierowcy wozu strażackiego. Miałam już prawo jazdy na ciężarówkę, zrobiłam uprawnienia na pojazdy uprzywilejowane i zaciągnęłam się do straży. Dziś przede wszystkim opiekuję się tam młodzieżowymi drużynami pożarniczymi, wożę dzieciaki na zawody. Miesiąc temu wzięłam wóz, wzięłam moje dziewczyny z drużyny młodzieżowej, pojechałyśmy na zawody i wywalczyłyśmy drugie miejsce. Dawniej jeździłam też do akcji, do pożarów. Było mi trudniej, bo jestem mała i chuda, a przecież ubranie strażackie i butla ważą sporo kilogramów. Ale jakoś dawałam radę. Nawet dostałam srebrny medal od prezydenta Zielonej Góry za zasługi dla miasta. Gasiłam fabrykę karmy dla psów, gasiłam ciężarówki, które płonęły w Płotach. Brałam udział w wielu treningach i symulacjach, na przykład w symulacji ewakuowania szpitala w Zielonej Górze. Zresztą, w szpitalu w Zielonej Górze też pracowałam…
Jako kto?
– Mieliśmy symulację pożaru szpitala i padło hasło, że na oddziale ratunkowym brakuje pracowników, że szukają kogoś chociaż na chwilę, zanim znajdą kogoś dedykowanego. Zgłosiłam się i pracowałam tam przez chwilę, miałam nawet okazję lecieć helikopterem ratowniczym, oczywiście nie za sterami. Ciężko mi było jednak dojeżdżać z Nowej Soli na dwunastogodzinne zmiany i godzić to z pracą kierowcy, dlatego zrezygnowałam.
A holenderską chłodnią jak długo pani jeździła?
– Trzy lata. Może było trochę żalu, gdy odchodziłam, ale z drugiej strony w firmie, w której jest ponad tysiąc ciężarówek, człowiek czuje się bezosobowy. Tam nie byłam Anną Pater. Byłam tylko numerem.
Dlatego pani odeszła?
– Odeszłam, bo się rozchorowałam. To było podejrzenie nowotworu. Musieli mnie operować. Ale jakoś się po tym wszystkim pozbierałam i założyłam własną działalność – naprawy klimatyzacyjne. Miałam maszynę do nabijania klimatyzacji i obsługiwałam firmę transportową. Ale zmieniła się technologia, a mnie się nie opłacało kupować nowej maszyny. I wtedy dostałam pracę w firmie Czarter Bus w Przyborowie jako kierowca autobusu i wreszcie praca mogła być moją pasją w stu procentach, bo podróże, te prawdziwe, stały się faktem. Pracuję też w firmie transportowej Colorstahl S. C. z Nowej Soli. Jeżdżę tam ciężarówką i wózkiem widłowym. I jeszcze pracuję w gminie Nowe Miasteczko, jako kierowca busa dla osób z niepełnosprawnościami, dzięki czemu mogę pomagać ludziom w potrzebie.
Jak pani to wszystko godzi?
– W tygodniu wożę busem ludzi z gminy Nowe Miasteczko, popołudniu wsiadam do ciężarówki i wiozę towar na przykład do Poznania, a na weekend wiozę wycieczkę dajmy na to do Łeby. Mało mam czasu dla siebie. Praca jest moim hobby. Nie oglądam telewizji, bo to złodziej czasu. Nie mogę czytać, bo oszczędzam wzrok, tak ważny w moim zawodzie. Pozostaje kino i teatr. Ja wszystko podporządkowałam pracy. To jest moje życie.
Przestali kręcić nosami, że kobieta, że za mała, za szczupła?
– Na rynku od kilku lat coraz bardziej brakuje kierowców, dlatego pracodawcy nie mogą już tak kręcić nosami. Przestał przeszkadzać im mój wzrost, moja waga. Sami dzwonią ze zleceniami. Od pięciu lat, jako kierowca autobusu wycieczkowego, jeżdżę z ludźmi na wycieczki po Polsce i Europie. Wożę uczniów z nowosolskich szkół. Wożę sportowców, na przykład lekkoatletów, szczypiornistów, siatkarzy. Niekiedy jak jadę z grupą wyrośniętych koszykarzy, to gubię się między nimi. I wtedy oni na żarty pytają jeden drugiego, gdzie jest kierowca. Wszyscy opuszczają głowy i patrzą gdzie ja jestem. Dzięki tym wyjazdom zwiedzam kolejne miasta. Zaglądam do muzeów, do kościołów. Zarabiam i poznaję świat, jednocześnie. Jedziemy do Wrocławia. Wycieczka idzie do zoo. Ja mówię, że w zoo byłam już pięć razy i w tym czasie idę na przykład zobaczyć jakąś wystawę albo pospacerować.
Które kraje pani odwiedziła?
– Niedawno wiozłam wycieczkę z Przyborowa do Rumunii. Wcześniej byłam w Rumunii z wycieczką z Zielonej Góry. Z nowosolskim ogólniakiem pojechałam na 10 dni do Francji, do Lille. Dużo jest wycieczek do Niemiec, do Berlina i Drezna. Zdarzają się wyjazdy do Paryża. Codziennie jestem gdzieś indziej. I to jest super! Wkrótce skończę 40 lat, a jeszcze drzemie we mnie dziecko. Mogę się pochwalić, że byłam w Majalandzie czy Energylandia w Polsce, w Niemczech byłam w Heide Parku, we Francji byłam w Disneylandzie, W Danii byłam w Legolandzie. Byłam na Sycylii, widziałam wulkan Etna, byłam w Monte Carlo na słynnym torze wyścigowym, byłam w Maroko, na Cyprze, na Malcie, w Egipcie, w Turcji, Hiszpanii, we Włoszech, w Grecji, Anglii, Czechach, Słowacji, na Węgrzech, w Ukrainie, Belgii, Luksemburgu, Irlandii… Przestałam zbierać magnesy na lodówkę, bo nie ma już na niej wolnego miejsca. Jako zawodowy kierowca, co pięć lat muszę robić badania, tak zwane psychotesty. W kwestionariuszu jest pytanie o liczbę przejechanych kilometrów. I ja zawsze wpisuję, że milion, bo nie da się zliczyć kilometrów, które przez te wszystkie lata przejechałam.
Nie znudziło się pani?
– Jeszcze nie, choć mam już nowe marzenie, żeby zostać maszynistą pociągu.
 

 

 

 

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz