Jak uporać się z”górką” przy ul. Starostawskiej? Mieszkańcy od lat podsuwają prezydentowi rozwiązanie, ale on ma swoją wizję.
Niedawno władze Nowej Soli poinformowały, że mają nowy pomysł na „górkę”. Chcą zmienić plan zagospodarowania przestrzennego. Chodzi o działkę położoną u zbiegu ul. Granicznej i Starostawskiej. Dotychczas bezskutecznie była sprzedawana pod parking. W nowym planie ma być przeznaczona pod usługi. Radni klepnęli pomysł bez większej refleksji, chociaż Iwona Kubacka-Kazieczko, architekt miejska, coś wspominała na komisji, że sprzedaż działki wiążę się z kosztami uporządkowania terenu. Żaden z radnych tematu jednak nie drążył. Kiedy napisaliśmy o planach władz miasta, do redakcji odezwali się mieszkańcy okolic ul. Starostawskiej. Mówią, że już dawno chcieli kupić tę działkę, ale miasto woli brnąć w bezsensowne przetargi. [paywall]
Imprezy na górce
Słynna „górka” przy ul. Starostwaskiej to problem. Zarówno dla miasta jak i dla mieszkańców. Na działce znajduje się potężny betonowy zbiornik na ścieki. Zbiornik od wielu lat jest nieużywany. Stał się atrakcją dla młodzieży.
– Młodsi owijają drzewa foliami i robią bazy. Rozkładają namioty. Częściej pojawiają się jednak starsi i imprezują. Tu jest jeden wielki cyrk. Fruwają butelki, rzucali nimi nawet w samochody. Jak dzwoni się po policję, to uciekają. Latem na sankach nawet jeździli – opowiada Jacek, który mieszka w pobliżu górki. Do urzędu nosił zdjęcia obrazujące te ekscesy i prosił władze, żeby zrobiły porządek. Na miejsce wysłano straż miejską, która zamontowała tabliczkę zakaz wstępu. Po tabliczce nie ma śladu, bo ją zniszczono, a imprezy jak trwały, tak trwają.
– To jest walka z wiatrakami. Ja tu nawet śmierdzący odstraszacz na dziki rozlewałem. To tydzień był spokoju, a później znów wracali – opowiada Jacek.
Trzy lata temu Hanna, żona Jacka, napisała do urzędu miasta, że jest zainteresowana kupnem tej działki. – To jest nieużytek. W dodatku z osadnikiem, którego nie opłaca się rozbierać. Chcieliśmy obsadzić go drzewami i ogrodzić płotem, żeby nikt nie wchodził. Zgodzilibyśmy się nawet na zapis w akcie notarialnym, że dożywotnio nie możemy tam nic wybudować. Miasto i tak nie miało żadnych planów względem tego terenu. A my i sąsiedzi chcieliśmy mieć wreszcie spokój – tłumaczy Hanna. Proponowali 5 tys. zł.
Zero chętnych
Po piśmie Hanny miasto zaczęło się bardziej interesować tą działką. Odpisano jej, że owszem będzie mogła ją kupić, ale w przetargu. Ktoś w urzędzie wpadł na pomysł, że osadnik trzeba najpierw rozebrać. Zatrudniono więc rzeczoznawcę, który miał wycenić, ile by to kosztowało. Wycena nikomu się jednak nie spodobała. W lipcu 2020 roku Jacek Milewski odpisał jej Hannie, że biegły nie przedstawiał realnych kosztów rozbiórki. Rzeczoznawca przyznał, że miał problem na pozyskanie konkretnych ofert na wykonanie prac. Nie wiadomo, ile w końcu wyniosła wycena. W uchwale dotyczącej zmiany planu zagospodarowania napisano, że „Z powodu dużych nakładów finansowych rozbiórki istniejącej budowli teren nie został uporządkowany”.
W październiku 2021 roku miasto wystawiło działkę na sprzedaż. Urzędnicy wyszli z założenia, że kosztowną rozbiórką będzie się martwił nabywca. Cena wywoławcza 168 200 zł. Warto też nadmienić, że teren był sprzedawany z przeznaczeniem pod… zieleń i parkingi.
– Kto za takie pieniądze kupiłby działkę z gigantycznym zbiornikiem pełnym ścieków, wiedząc, że może na niej wybudować tylko parking? – zastanawia się Jacek. Nikt się nie zgłosił. W grudniu ogłoszono kolejny przetarg. Wystarczył miesiąc i cenę wywoławczą obcięto o połowę – 84 100 zł. Też nie było chętnych.
Gdzie tu logika?
Hanna i Jacek wielokrotnie dopytywali o działkę. – Jesteśmy gotowi ją kupić, ale po niższej cenie. Sami ją ogrodzimy i nic na niej nie zbudujemy. Rozwiążemy problem miasta, ale też nasz – mówią.
Wszystko wskazuje jednak na to, że urząd brnie w stronę w kolejnego przetargu.
– Pytanie tylko, czy sprzedaż tego majątku będzie się kalkulowała. Przecież koszt rozbiórki osadnika przewyższy prawdopodobnie zysk ze zbycia działki – przewiduje Jacek.
Podobnie myśli Zenon Radka, sąsiad Jacka, który też mieszka koło „górki”. Wspomina, że ponad 20 lat temu pracował w firmie Trans-bud i woził żwir do budowy osadnika. – Tam jest gruby, zbrojony żelbeton. W dodatku w zbiorniku są ścieki, które trzeba by wypompować. Nie wiadomo też, co jest w ziemi. Zrobienie z tym porządku będzie kosztowało fortunę. Wątpię, żeby ktoś chciał to kupić, a nawet jeśli, to miasto na pewno nie wyjdzie na zero. Gdzie tu logika? – pyta Zenon.
21
Poprzedni artykuł