Czujemy się jak ludzie drugiej kategorii, jak podludzie – to słowa mieszkańców budynków socjalnych w Nowej Soli. Wybrzmiewają jak refren z ust tych, którzy marzą o piaskownicy dla dzieci, o huśtawce, ślizgawce, albo o tym, żeby pod budynkiem socjalnym, w którym żyją, po każdym deszczu nie powstawało jezioro.
Magdalena Szybowska mieszka w budynku socjalnym przy Grobli. Ma czteroletniego syna. Pewnie, że chłopiec chciałby się pobawić na placu zabaw przed domem, ale przed budynkiem socjalnym przy Grobli jest tylko piaskownica, a raczej obiekt, który ją ledwie przypomina, więc przyjemność z takiej zabawy raczej żadna. M. Szybowska mieszka przy grobli od 13 lat. – Odkąd pamiętam, nie było tu placu zabaw, poza tą piaskownicą – wspomina. Kiedyś piaskownicę otaczał murek. Ale przed laty służby miejskie zmieniły ogrodzenie na drewniane. Belki zbutwiały. Dziś wystają z nich gwoździe i sęki. Wystarczy chwila nieuwagi rodzica. Dziecko się przewróci i tragedia gotowa.
Iwona Sędzicka mieszka po sąsiedzku. Zwraca uwagę na smród kociego [paywall] moczu, bo piaskownica jest niezabezpieczona. Ma czteroletnią córkę i sześcioletniego syna. Dzieci stara się nie puszczać ani do piaskownicy, ani w ogóle na zewnątrz, bo budynek przy Grobli nie ma ogrodzenia. Prosiła w ZUM, żeby założyli siatkę. – Odpowiedzieli, że nie założą z uwagi na dostęp do skrzynek energetycznych – opowiada Sędzicka i prezentuje miejsce, w którym mogłaby stanąć siatka. Miejsca jest tam na tyle dużo, że siatka nikomu by nie wadziła, a rodzice byliby spokojniejsi, że ich dzieci nie wbiegną na ulicę, prosto pod nadjeżdżający samochód.
Ani malowania, ani przycinania
Ani M. Szybowska, ani I. Sędzicka nie proszą o jakieś cuda, nie proszą o wesołe miasteczko, czy jakiś lunapark, a jedynie o porządną piaskownicę, o huśtawkę, ślizgawkę. I tylko tyle. – Czy dla władz Nowej Soli to naprawdę tak ogromny wydatek? – pytają. To pytanie jest tym bardziej zasadne, że do najbliższego placu zabaw jest bardzo daleko.
Niedawno Sędzicka zobaczyła pod budynkiem mężczyznę. Zatrzymał się przy zrujnowanej piaskownicy, przeklął, splunął i poszedł dalej. – Właśnie w taki sposób wielu ludzi nas postrzega, że nie zasługujemy na nic, tylko nas wyzwać i splunąć – przyznaje gorzko. – Czy nasze dzieci naprawdę nie zasługują na plac zabaw? – pyta.
Sędzicka zwracała się z prośbą do miejskich służb o podcięcie gałęzi drzew, które rosną obok. I jak grochem o ścianę. – W tych drzewach są kleszcze – martwi się. – Mam koleżankę. Zachorowała na boreliozę, więc wiem doskonale, jak niebezpieczne są kleszcze – zastrzega.
Wspomina też, jak mieszkańcy budynku socjalnego przy Grobli chcieli pomalować swój dom. – Ale władze miejskie nie wyraziły zgody – dziwi się. Chciała wymienić okna. Nie pozwolili.
Ludzie spadają ze skarpy
W kolejnym budynku socjalnym, przy Staszica, też mieszkają rodziny z dziećmi. I również tutaj dzieci nie mają placu zabaw. Nie mają piaskownicy. Huśtawka? Ślizgawka? Marzenie! Jest za to ruchliwa droga z jednej strony, a z drugiej mur, czyli wysoka ściana galerii handlowej, która stanęła raptem pięć i pół metra od budynku i przysłoniła ludziom niebo.
Mieszkania socjalne przy Staszica są w dole – w przenośni i dosłownie. Gdy pada deszcz, przed budynkiem powstaje jezioro, bo władze miasta nigdy nie przejmowały się tym, że przy budynku nie ma odwodnienia. Ludzie, żeby nie brodzić w wodzie, idą pobliską skarpą. Ci starsi lub słabsi często się przewracają i lecą do „jeziora”, bo skarpa jest bardzo stroma. Alina Stychowska widziała wiele tego typu sytuacji przez okno.
Pani Stychowska mieszka w budynku socjalnym przy Staszica od czterech lat. Pracuje w krasnalach. I ma piękne okna, które toną w kwiatach. – Kocham kwiaty, dają mi choć namiastkę normalności w tym miejscu – przyznaje. – Władze miasta nas nie słuchają, z góry zakładają, że nic nam się nie należy. Czujemy się jak podludzie. A przecież nie prosimy o nic wielkiego, tylko o place zabaw dla dzieci, o odwodnienie terenu przed budynkiem, o remont schodów, które wiodą na wiadukt i są już tak dziurawe, że niedługo zaczną się sypać – apeluje pani Stychowska.
Apel mieszkańców może dotrze też do uszu dyrektorów pobliskich szkół. Młodzież często mija budynek socjalny w drodze pod pobliski wiadukt. Palą tam papierosy. I niech sobie palą, nikt im nie broni. Ale dlaczego zostawiają tam tyle śmieci? Dlaczego wyrzucają tam opakowania po cheeseburgerach i frytkach z McDonalda?
Władze nie reagują
O interwencję, w imieniu mieszkańców budynków socjalnych, poprosił nas Stanisław Rembowiecki, znany z wrażliwości społecznej mieszkaniec Nowej Soli, który tropi absurdy i patrzy lokalnej władzy na ręce. Często mija te budynki. Z ludźmi, którzy tam mieszkają, rozmawia o ich problemach. I nie może się pogodzić z faktem, że miejskie władze nie reagują.
Na przestrzeni ostatnich lat S. Rembowiecki rozmawiał z radnymi miejskimi i powiatowymi na temat budynków socjalnych i potrzeb ludzi tam mieszkających. Zwracał uwagę na problemy. Ale te rozmowy nie przyniosły żadnych efektów. – Od jednego z radnych usłyszałem nawet, że on tam nie pojedzie, bo nie ma wrażliwości socjalnej – wspomina pan Rembowiecki.
16
Poprzedni artykuł