– My nie mamy nic przeciwko rolnikom ukraińskim takim jak my, którzy mają po kilkadziesiąt hektarów. Ale tacy gospodarują w Ukrainie na 10 procentach terenu, a 90 procent, to są oligarchowie, którzy niszczą rynek nie tylko polski, ale całej Unii – pomstowali rolnicy w trakcie protestu.
W środę (24.01) rolnicy zablokowali drogi w całej Polsce. Ci z powiatu nowosolskiego i okolic zjechali pod Nowe Miasteczko. Zebrali się na parkingu przy stacji benzynowej. Przedstawili swoje postulaty, a następnie ruszyli ciągnikami w dwóch kolumnach, jedną w stronę Nowej Soli, a drugą w stronę Głogowa. – Żeby ludzie nas zauważyli – podkreślali.
„Przyroda niszczona, a nie chroniona”
– Europejski Zielony Ład, który Unia Europejska chce na nas nałożyć, nie ma tak naprawdę nic wspólnego z ekologią – przekonywał Rafał Nieżurbida, rolnik z Zielonej Góry, który należy do Agrounii. – To są decyzje ludzi, którzy nie dotykają na co dzień ekologii, którzy nie znają się na uprawie ziemi. Oni każą nam ugorować ziemię i pozwalać na to, żeby rozmnażały się chwasty. W efekcie do pozbywania się tych chwastów będziemy zmuszeni używać więcej środków. To nie jest ekologia! – złościł się Nieżurbida.
– Przyjęte rozwiązania powodują, że przyroda jest niszczona, a nie chroniona – pomstował Ireneusz Gancarz, rolnik z Siecieborzyc, przewodniczący Związku Rolników Polskich. – Orka zimowa powinna być wykonana jesienią, a nie wiosną. A według Zielonego Ładu, my powinniśmy orać wiosną. To bzdura! To powoduje erozję, degraduje środowisko! My o tym krzyczymy i nikt nas nie słucha. No ale jeżeli komisarzem od rolnictwa jest w UE człowiek, który jest prawnikiem i z naukami przyrodniczymi nie ma nic wspólnego, to nie ma się co dziwić – rozłożył ręce Gancarz.
Nieżurbida zaznaczył, że wiele wprowadzanych przepisów jest wbrew nauce rolniczej, która nie mówi tylko o tym, jak dobrze zarobić na ziemi, ale też jak tę ziemię dobrze traktować, żeby zachować jej wszystkie walory. – Głębokie uprawy na wiosnę, do których zmusza nas prawo unijne, są pierwszym krokiem do strat suszowych, zwłaszcza w czasach, kiedy zmienia się klimat – przekonywał. – Przepisy, którymi jesteśmy obarczani, nie uchronią nas przed zmianami klimatycznymi, a wręcz przeciwnie – przestrzegł Nieżurbida.
„Nieuczciwa konkurencja”
Nieżurbida nawiązał też do zalewu polskiego rynku towarami zza wschodniej granicy. – Zmuszanie nas do konkurowania z towarami z Ukrainy, to rzucanie nas na głęboką wodę – podkreślił. Po chwili nawiązał między innymi do obostrzeń unijnych, które obowiązują rolników z krajów członkowskich, więc również z Polski, a nie obowiązują tych z Ukrainy. – Jeżeli mamy z nimi konkurować, musimy mieć takie same warunki – zaapelował.
– Towar z Ukrainy zalewa nasz rynek, przez co ceny naszych płodów są tak niskie – zauważył Łukasz Borkowski, rolnik z gminy Nowe Miasteczko. – Rzepak potrafił kosztować prawie 5 tys. zł, a pszenica prawie 2 tys. zł. Teraz rzepak kosztuje 1,8 tys. zł, a pszenica 800 zł. My, zgodnie z unijnymi wytycznymi, musimy być bardzo proekologiczni, a rolnicy z Ukrainy nie. Oni mogą używać wszelakich środków do ochrony roślin. To nieuczciwe – złościł się Borkowski.
Gancarz zaznaczył, że protesty nie są ani antyunijne, ani antyukraińskie. Zaapelował o dobre traktowanie naszych sąsiadów zza wschodniej granicy. Podkreślił, że protesty wymierzone są w polityków, którzy podejmują decyzje często pod publikę, albo takie, które wspierają potężne biznesy.
– Właścicielami tych ogromnych gospodarstw w Ukrainie są w większości firmy z zachodu, dlatego Bruksela tak broni handlu z Ukrainą – tłumaczył Nieżurbida. – Przywozimy towary z wielkich agroholdingów, z gospodarstw wielkości nawet kilkuset tysięcy hektarów. I my, polscy rolnicy, mamy z nimi konkurować? – zapytał retorycznie.
– Ukrainę wpuszczono na rynek unijny jednego dnia, nie dostosowując ukraińskiego rolnictwa do wymagań unijnych – kontynuował Gancarz. – Gospodarstwa wielkości 300 tysięcy hektarów, to są w Ukrainie normy. Nie mamy nic przeciwko rolnikom ukraińskim takim jak my, którzy mają po kilkadziesiąt hektarów. Ale tacy gospodarują w Ukrainie na 10 procentach terenu. A 90 procent, to są oligarchowie, którzy niszczą rynek nie tylko polski, ale całej Unii. To się rozeszło już na całą Unię, dlatego wszyscy protestują, bo również rolnicy w Niemczech, we Francji. My żądamy po prostu dostosowania ukraińskiego rolnictwa do naszych warunków.
Brak zmian, zdaniem Gancarza, będzie bardzo groźny dla konsumentów. – Bo powinniśmy mieć pewność, że towary na półkach w marketach są zdrowe i bezpieczne, ale w momencie, kiedy wpuszczono na rynek unijny towary bez żadnej kontroli fitosanitarnej, bez kontroli jakościowej, jesteśmy zagrożeni zdrowotnie, bo nie wiemy, co jemy. Nam Unia każe produkować zdrową żywność, a wpuszcza ze wschodu żywność zatrutą. Gdzie tu logika? – dziwił się Gancarz.
Tęsknią za Lepperem
– Zjechaliśmy się z całego powiatu i okolic – pochwalił się Borkowski. – Spotkaliśmy się pod Nowym Miasteczkiem, bo tu jest zagłębie rolnicze – dodał.
– Tu bije serce rolnictwa i serce protestów! – wtrącił Gancarz. Nawiązał do protestów sprzed ponad 20 lat. – Dwa tygodnie żeśmy wtedy protestowali pod Gołaszynem. Nawet Andrzej Lepper do nas wtedy przyjechał.
Protestujący rolnicy w środę z rozrzewnieniem wspominali czasy Leppera i protestów sprzed lat. Sprzęt był wtedy starszy, ciągniki nie tak nowoczesne, jak dziś. I ludzie też byli inni. Jakby z większym żarem do walki o swoje. – Dużo nas wtedy było. Dziś brakuje nam takiego Leppera – podkreślali. A Michał Kołodziejczak? – padło pytanie. – A gdzie tam Kołodziejczak, do Leppera mu daleko – odpowiedział ktoś w tłumie. – Nowy Lepper jeszcze się nie narodził – westchnął ktoś obok.
– To nie są czasy Samoobrony – przyznał Nieżurbida, przemawiając do protestujących. – Nas, rolników, jest dziś coraz mniej – zauważył.
W środę, na proteście pod Nowym Miasteczkiem pojawiło się blisko stu rolników. Przyjechali kilkudziesięcioma ciągnikami. – Zobaczcie, co się dzieje we Francji i Niemczech – porównywali. – Tam na ulice wychodzą tysiące rolników. Musimy się obudzić!
Protestujący zapowiedzieli, że na ulice będą wyjeżdżać co tydzień, aż do skutku. Mają nadzieję, że przyciągną więcej osób. – Jeśli będą nas setki, to może wyjedziemy nawet na S-3, bo wtedy nikt nas nie powstrzyma. Ale teraz, gdy jest nas tak mało, nie możemy tego zrobić.
20
Poprzedni artykuł