Gdy przed laty przy ul. 1 Maja w Nowej Soli wyrósł blok, doktor Jarosław Hiczkiewicz, znany kardiolog, kupił tam dwa mieszkania, połączył w jedno i otworzył przychodnię, którą nazwał „gabinetem kardiologicznym”. Dziś mieszkańcy, którzy żyją po sąsiedzku, czują się tak, jakby mieszkali w przychodni, a nie w bloku. I mają tego dosyć.
Spotykamy się u Leszka i Agaty w mieszkaniu. Co kilka minut dołączają mieszkańcy z kolejnych pięter: Maciej, Dagmara, Joanna, Krzysztof… Skarżą się na doktora Hiczkiewicza i jego przychodnię. Podają argumenty, dlaczego ich zdaniem w bloku nie powinien działać taki biznes.
– Córka ma dziesięć lat, jechała windą, a z nią obcy mężczyzna. Jaką ja mam gwarancję, że taki mężczyzna nie pójdzie za moją córką i nie zrobi jej krzywdy? – martwi się jeden z ojców. I wcale nie chodzi mu o pacjentów doktora Hiczkiewicza, czy osoby towarzyszące tym pacjentom. Chodzi o fakt, że do klatki schodowej wejść może w zasadzie każdy, skoro na domofonie wisi instrukcja, w jaki sposób dostać się do przychodni. Wystarczy wcisnąć odpowiedni przycisk i pracownice przychodni automatycznie otwierają drzwi. Nikt nie weryfikuje, kto wchodzi i do kogo.
Pacjenci wchodzą do mieszkań
Bywa, że [paywall] ktoś, mimo instrukcji, myli przycisk. – Dzwoni domofon, głos w słuchawce mówi, że chce do przychodni, ja na to, że to nie przychodnia tylko prywatne mieszkanie, ale ten ktoś nie odpuszcza i żąda, żeby mu otworzyć, niekiedy robi awanturę – skarży się mieszkanka. Podkreśla, że to naprawdę jest męczące i stresujące. – Człowiek wraca po pracy do domu, chciałby odpocząć, ale w takich warunkach nie da się odpoczywać – zaznacza.
– Boimy się kradzieży – pada następny argument. A po chwili z ust kolejnej osoby taka historia: – Do mojego mieszkania wchodzą dwie zagubione kobiety i mówią, że one do doktora Hiczkiewicza. Weszły mi do mieszkania, zamiast do przychodni, bo pomyliły piętra!
Mieszkańcy chcieliby czuć się w swoim bloku jak w domu. – A czujemy się tak, jak byśmy mieszkali w przychodni – skarżą się. I podają kolejne przykłady.
Jak na wyprzedaży
– Bywa, że pacjenci, a zwłaszcza towarzyszące im osoby, czekają na zewnątrz, czyli poza pomieszczeniem, w którym działa przychodnia. Bo albo przyjechały wcześniej „żeby zająć kolejkę”, albo w przychodni jest tak tłoczno, że nie sposób tam wysiedzieć (częściej wystać). Pół biedy, jeśli oczekujący okupują ławkę przed blokiem. Gorzej, jeśli czekają na klatce schodowej – podkreślają lokatorzy.
– Idę raz klatką schodową, a na schodach przy drzwiach do przychodni leży człowiek. Przestraszyłem się. Pytam, czy wszystko w porządku. A on, że po prostu sobie tu czeka – złości się mieszkaniec.
Bywa, że ktoś, kto przywiózł bliską osobę do lekarza, czeka w samochodzie, żeby nie robić niepotrzebnego tłoku. – To jednak kolejny problem, bo miejsca na parkingu przed blokiem jest mało, ledwo starcza go dla nas – argumentują mieszkańcy.
– To nie jest gabinet, jak twierdzi doktor Hiczkiwiecz, to przychodnia – mówią lokatorzy. – Przecież tam jest kilka gabinetów, tam przyjmuje kilku lekarzy – argumentują. I dziwią się, że nigdzie nie wisi kartka informująca o tym, kto przyjmuje w przychodni i w jakich godzinach. – W normalnych przychodniach to standard – zauważają.
W grudniu jeden z mieszkańców wszedł do przychodni i zastał tam tłumy takie, jak w sklepie na wyprzedaży. – W korytarzu (powstał z przedpokoju – red.) czekało trzydzieści osób! – pomstuje. – Tam drzwi się nie zamykają!
Sanepid nie widzi uchybień
Mieszkańcy powiadomili sanepid. Inspektorzy skontrolowali przychodnię. „Na podstawie przeprowadzonych bieżących czynności kontrolnych stwierdzono, że zakres prowadzonej działalności oraz stan sanitarno-techniczny obiektu jest zgodny z postanowieniem wydanym przez Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego w Nowej Soli z dnia 1 września 2009 roku, opiniującym pozytywnie pomieszczenia Poradni Kardiologicznej zlokalizowanej w nowo wybudowanym budynku mieszkalnym wielorodzinnym w Nowej Soli przy ul. 1 Maja” – odpisała mieszkańcom w styczniu 2024 roku Anna Roskwitalska, szefowa nowosolskiego sanepidu.
„Podczas kontroli przeprowadzonej w związku ze zgłoszeniem interwencyjnym stwierdzono, że poradnia kardiologiczna składa się z trzech gabinetów lekarskich, pracowni EKG, punktu rejestracji, pomieszczenia socjalnego, WC oraz 2 poczekalni dla pacjentów z 13 miejscami siedzącymi. W dniu kontroli w poczekalni przebywało 7 pacjentów. Stan sanitarno-techniczny pomieszczeń był prawidłowy” – zaznaczyła Roskwitalska w swoim piśmie i podkreśliła, że sanepid nie ma wpływu na częstotliwość przyjmowania pacjentów przez lekarzy.
Jak sardynki w puszce
My również, podobnie jak inspektorzy sanepidu, odwiedziliśmy przychodnię. W grudniu uchyliliśmy drzwi. W korytarzu skręcającym jak litera L czekało kilkanaście osób. Zgodnie z sugestią mieszkańców, zajrzeliśmy ponownie kilka dni później. I wtedy osób było ponad dwadzieścia.
Mieszkańcy przysłali nam nagranie wykonane w grudniu. Widać na nim pacjentów i towarzyszące im osoby, jak cisną się w korytarzu niczym sardynki w puszce – blisko czterdzieści osób. Na nagraniu widać pomieszczenie z uchylonymi drzwiami, w którym czekają kolejne osoby. Są też gabinety, w których z pewnością w tym czasie kogoś diagnozują. Do tego pracownicy.
Policjantka: Będę zaglądać
Mieszkańcy po wykonaniu jednego z nagrań, na którym widać, jak ludzie tłoczą się w przychodni, wezwali policję. Dziś zwracają uwagę na absurd, że policjanci pouczyli ludzi czekających w kolejce, a nie pouczyli lekarzy, w tym właścicieli.
Mundurowi poradzili mieszkańcom kontakt z dzielnicową. – Zadeklarowała, że będzie tu zaglądać i obserwować – informują mieszkańcy.
– Dzielnicowa była tam trzy razy – informuje Justyna Sęczkowska, rzeczniczka prasowa Powiatowej Komendy Policji w Nowej Soli. – Zajrzała do środka i w poczekalni było tylko kilka osób. Poza tym, my nie jesteśmy od takich spraw. Moglibyśmy zainterweniować, gdyby dochodziło do wykroczenia lub łamania prawa – kwituje Sęczkowska.
Deklaracja
Po interwencji sanepidu, do kwestii tłoku odniosła się prezeska spółki prowadzącej przychodnię.
„Wpłynęło pismo prezesa spółki (…), w którym wyjaśnił, że w celu zmniejszenia ilości oczekujących na wizytę do lekarza, pacjenci będą rejestrowani co 30 minut. Powyższe zmiany organizacyjne mają na celu zmniejszenie ilości pacjentów przebywających w tym samym czasie w oczekiwaniu na wizytę” – poinformowała w styczniu Anna Roskiwtalska w kolejnym piśmie wysłanym do mieszkańców.
Dlaczego dopiero teraz?
Doktor Hiczkiewicz prowadzi swoją przychodnię w bloku przy ul 1 Maja od wielu lat. Dlaczego mieszkańcy postanowili powiedzieć głośno o sprawie dopiero teraz?
– Początkowo działalność nie była tak uciążliwa. Jednak ilość pacjentów przychodni rosła z roku na rok i stała się nie do wytrzymania – argumentują. – Poza tym liczyliśmy, że z czasem, jak wielu innych lekarzy, pan Hiczkiewicz przeniesie swoją działalność do profesjonalnej przychodni. W połowie ubiegłego roku zorganizowaliśmy zebranie, na którym doktor nawet się nie pojawił.
Poza mieszkańcami, na zebraniu obecni byli Tomasz Mazur, czyli zarządca wspólnoty mieszkaniowej bloku przy ul. 1 Maja, a także radczyni prawna – pełnomocniczka Jarosława Hiczkiewicza. Każda ze stron przedstawiła swoje argumenty.
Mieszkańcy powiedzieli o pacjentach błądzących po klatce schodowej. Druga strona odpowiedziała, że przecież wisiały tabliczki, które mieszkańcy kazali zdjąć.
Padł też między innymi argument, że, kupując mieszkania przy 1 Maja, mieszkańcy nie kupowali kota w worku, bo wiedzieli, że działa tam przychodnia. Że właściciele przychodni płacą więcej za utrzymanie czystości na klatce schodowej. Że pacjenci umawiani są na konkretne godziny i czekają w poczekalni. Że pacjenci nie są przyjmowani w weekendy i święta…
Padła też ważna deklaracja, którą tak zapisano w protokole: „Na wyraźne oświadczenie woli zgromadzonych na spotkaniu mieszkańców, że nie życzą sobie utrudniającej im życie działalności poradni kardiologicznej p. Hiczkiewicz powiedział, że podejmuje oraz będzie podejmował działania zmierzające do przeniesienia swojej działalności w inne miejsce, jednak działania te wymagają czasu, co najmniej kilku miesięcy. (…) Zastrzegł, że zmiana lokalu – zaspokojenie żądań mieszkańców – może wiązać się z roszczeniami odszkodowawczymi wobec Wspólnoty”.
– Swojej przychodni nie przeniósł do dziś i sądzimy, że nie ma takiego zamiaru – mówią mieszkańcy. – Czy blok naprawdę jest właściwym miejscem do prowadzenia takiego biznesu? – pytają.
Co mówi NFZ?
Sanepid i policja nie były jedynymi instytucjami, w których mieszkańcy szukali pomocy. Podobnie jak my, skontaktowali się też z Narodowym Funduszem Zdrowia.
„Zbadanie większości zarzutów mieszkańców wspólnoty jest poza naszymi kompetencjami” – poinformował na piśmie Tomasz Migacza, naczelnik wydziału obsługi klientów i profilaktyki w lubuskim NFZ.
Migacz zaznaczył, że przychodnia ma umowę z NFZ na świadczenie usług kardiologicznych od 2011 roku, że umowa wielokrotnie była przedłużana (ostatnio do 30 czerwca 2024 roku). Z dokumentów NFZ wynika, że „placówka spełnia warunki, które wynikają z aktualnych przepisów i które są konieczne do realizacji świadczeń”.
Mieszkańcy podkreślają, że przepisy regulują jakość świadczonych usług, do czego przecież nie mają pretensji. Chodzi im o fakt, że przychodnia funkcjonuje w bloku i uprzykrza im to życia. W przepisach nie ma jednak zastrzeżenia, że przychodnia lekarska nie może działać w bloku.
Hiczkiewicz: To nękanie.
Próbowaliśmy spotkać się z doktorem Hiczkiewiczem i porozmawiać. W grudniu wysłaliśmy maila, w którym w skrócie przedstawiliśmy argumenty podnoszone przez mieszkańców. Poprosiliśmy, żeby doktor odniósł się do nich. Zadaliśmy też kilka pytań:
1. Czy Pana zdaniem, mieszkanie w bloku na piętrze jest odpowiednim miejscem na prowadzenie przychodni lekarskiej?
2. Czy jest Pan w stanie zagwarantować, że prowadzenie przychodni w takim miejscu jest bezpieczne dla pacjentów i mieszkańców?
3. Dlaczego prowadzi Pan przychodnię w bloku na piętrze, a nie w osobnym budynku, który nie sprawiałby tylu uciążliwości mieszkańcom?
4. Jest Pan cenionym i znanym lekarzem. Siłą rzeczy przyciąga Pan wielu pacjentów. Czy jest szansa na to, że zmieni Pan siedzibę przychodni? Czy rozważa Pan to? Od czego zależy taka zmiana?
5. Ilu lekarzy przyjmuje w Pana przychodni?
Doktor Hiczkiewicz odpisał, że nie może się spotkać z powodów zdrowotnych i konieczności podjęcia leczenia. „Nie jestem w stanie odpowiadać po raz kolejny na zarzuty agresywnego mieszkańca tej klatki, który stosuje wobec mnie stalking i stresuje pacjentów” – dodał. „Ten Pan doskonale wie, że jestem w trakcie zakupu nowego lokalu na gabinety. O szczegółach możemy porozmawiać jak wrócę do pracy” – zadeklarował.
Zaproponowaliśmy, że odezwiemy się w styczniu. Zrobiliśmy to w drugiej połowie stycznia. Doktor odpisał, że nadal nie ma go w pracy, że wróci za miesiąc lub dwa, bo jest w trakcie uciążliwej terapii.
Zaproponowaliśmy, żeby w takim razie odniósł się do sprawy drogą mailową.
„Jak już Pana informowałem jestem w trakcie leczenia poważnej choroby” – odpisał pod koniec stycznia. „Od początku grudnia bylem hospitalizowany w kilku klinikach, niestety z przykrością stwierdzam, że zbiegło to się z nasiloną nagonką na mnie przez mieszkańców tej klatki. W kategoriach moralnych nawet nie chcę tego komentować, bo należałoby użyć brzydkich słów. Nie będę mówił o historii (byłem pierwszym właścicielem zakupionych lokali przekształconych na gabinety lekarskie, wszyscy o tym wiedzieli). Od początku zgodziłem się na płacenie wielokrotności za pomieszczenia wspólne, w sumie ponad 80 tys. Drzwi wejściowe były wymieniane w całym bloku w roku ubiegłym, nie były w naszej klatce extra zniszczone. Pomimo płacenia znacznie większego czynszu, od ponad roku Pani sprzątająca dostaje ode mnie pieniądze za codzienne sprzątanie tej klatki. Poinformowałem sąsiadów, że jestem w trakcie zakupu nowego lokalu, niestety choroba to TYLKO wydłużyła. Uważam, że w obecnej sytuacji prośby o rozmowy na powyższy temat, są delikatnie mówiąc niestosowne, nękanie mnie teraz jest głęboko niestosowne i nieetyczne. Możemy o tym rozmawiać po zakończeniu mojej terapii” – skwitował doktor Hiczkiewicz.
34
Poprzedni artykuł