Strona główna » Pan Kazimierz skończył 100 lat!

Pan Kazimierz skończył 100 lat!

przez imperia

Kazimierz Malinowski z Modrzycy w piątek, 21 lutego, świętował setne urodziny. Jest najstarszym mieszkańcem gminy Otyń.
Dziś pan Kazimierz całe dnie spędza [paywall] głównie w łóżku, rzadziej w fotelu. Ale raptem trzy lata temu chodził jeszcze na zajęcia do Domu Dziennego Pobytu. 
– Obtańcowywał nas w trakcie zajęć – mówią pracownice Marta Szeląg i Danuta Twardowska. Na setne urodziny przyniosły panu Kazimierzowi kwiaty. Puściły też film w telefonie, na którym seniorzy z Domu Dziennego Pobytu śpiewają „200 lat!”.
Pana Kazimierza z okazji jubileuszu ściska i całuje Teodora Jońca. 
– Kolejnych lat życia, ale nie w chorobie i męczarniach – życzy. We wrześniu pani Teodora skończy 92 lata. Kiedyś była telefonistką.
– Prawie najstarsza jestem w Domu Dziennego Pobytu, dlatego wybrali mnie, żebym przyszła z życzeniami do Kazia. Nawet nie wiem, ile to już lat my się znamy. Nie liczyłam. On miał działkę blisko, to się poznaliśmy. A jak przychodził jeszcze na zajęcia do Domu Dziennego Pobytu, to tańcowaliśmy i śpiewaliśmy razem – wspomina pani Teodora.
W imieniu mieszkańców gminy, z życzeniami przyszła burmistrzyni Barbara Wróblewska. W imieniu mieszkańców Modrzycy – sołtyska Elżbieta Dąbrowska, która mieszka obok. Przyszedł też wicewojewoda. Wręczył listy gratulacyjne – od premiera Tuska i wojewody Cebuli.
Burmistrzyni, sołtyska, wicewojewoda, pracownice Domu Dziennego Pobytu, pani Teodora, córki Wiktoria i Irena, przedstawiciele nowosolskiego koła emerytów i rencistów, radna gminna, kierowniczka Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Otyniu, dziennikarz z Regionalnej… Pan Kazimierz rozgląda się po pokoju wypełnionym ludźmi i liczy: – Osiemnaście osób! 
Takie rachunki nie sprawiają panu Kazimierzowi problemu, mimo skończonych stu lat. Przecież przez niemal całe zawodowe życie zajmował się liczeniem w Państwowym Gospodarstwie Rolnym. Był w PGR księgowym.
Trzy miłości
Córki pana Kazimierza przy herbacie i cieście prezentują rodzinne albumy. Na jednej fotografii, nowej, sprzed pięciu lat, widać kamienicę w Chełmnie, skąd pan Kazimierz pochodzi. W kamienicy mieszkali kiedyś Franciszek i Józefina Malinowscy, czyli rodzice pana Kazimierza. Dzieci mieli trzynaścioro, w tym trojaczki.
– Moim zdaniem tata lubi towarzystwo, bo od dziecka jest koło niego dużo ludzi – mówi córka Irena.
Wspomnianą kamienicę zdobi dziś mural z wizerunkiem Malinowskich, którzy byli ważni dla Chełmna.
– Mieliśmy tam przed wojną drukarnię, introligatornię, sklep z papierem – wylicza pan Kazimierz.
– Dziadek Franciszek sam się wykształcił na drukarza – podkreśla córka Wiktoria.
– Skończył kursy w Berlinie, taki był ciekawski – dodaje Irena. 
– I to wszystko zniszczał wojna… – wzdycha solenizant.
Gdy wybuchła II wojna światowa, do Chełmna wkroczyli żołnierze Wermachtu. Schwytali lekarzy, aptekarzy, nauczycieli, a także Franciszka. Wywieźli do lasu i rozstrzelali. W miejscu kaźni stoi pomnik.
Irena wyjmuje kolejną fotografię. Widać na niej filigranową Józefinę. 
– To jest moja bohaterka rodzinna – podkreśla. – Babcia potrafiła obronić dom i dzieci w czacie wojny.
Franciszek, zanim zginął, zdążył zaszczepić w dzieciach ciekawość świata. Dość wspomnieć, że najstarszy brat pana Kazimierza był dziennikarzem, dużo podróżował i uczył esperanto. A pan Kazimierz odziedziczył po tacie miłość do fotografii.
– Ojciec robił zdjęcia podczas I wojny światowej – wspomina.
Gdy pan Kazimierz przywędrował po II wojnie światowej na ziemie zachodnie, to najpierw dorabiał jako kinooperator i wyświetlał filmy w świetlicach, a następnie dostał posadę fotografa. Robił zdjęcia na weselu i wtedy wypatrzył Anielę, swoją miłość i przyszłą żonę, która przeżyła Sybir.
– Mama chodziła po polach Syberii, szukała ziemniaków, kłosy tam zbierała i tłukła kamieniami, bo nie było żaren. Tam trzeba było robić coś z niczego. Odeszła w 2016 roku, w wieku 86 lat – opowiadają córki.
Pan Kazimierz miał w życiu trzy wielkie miłości – żonę, fotografię i rower.
 
Tajemnica długowieczności
 
– Pijakiem nie byłem, nigdy nie paliłem, rowerem jeździłem dużo – zdradza tajemnicę swojej długowieczności.
– Cztery lata miałem, jak wsiadłem na rower pierwszy raz – opowiada. – Pojechałem na obóz harcerski, ze starszym bratem, w Bory Tucholskie. Brat miał rower i pozwalał mi jeździć. Ja musiałem ten rower pilnować. Bałem się pojechać do lasu, ale potem się przyzwyczaiłem. I już się lasu nie bałem.
Przez las przedzierał się w czasie wojny. Gęste drzewa chroniły przed nalotami.
Po wojnie jeździł rowerem po lasach Polski i Europy. Wyprawił się nawet na Bornholm.
– Ostatnia moja dalsza trasa była za Odrę – wspomina. – W jedną stronę pięćdziesiąt kilometrów i w drugą pięćdziesiąt. Razem sto.
Miał wtedy 96 lat!

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz