Wiktoria pomogła sarnie potrąconej przez samochód. Wylał się na nią hejt i krytyka.
Wiktoria Aulich jechała z koleżanką samochodem. Na ulicy Wrocławskiej w Zielonej Górze, na wysokości cmentarza, zatrzymał je korek. Wiktoria dostrzegła, że na przejściu dla pieszych leży ranna sarna. Kierowca, który potrącił zwierzę, uciekł. Wiktoria podbiegła do sarny. Chciała pomóc. Pochyliła się nad zwierzęciem. Okryła kurtką, a później kocem. Przy pomocy kilku osób przeciągnęła ostrożnie na chodnik, żeby zminimalizować zagrożenie kolejnego potrącenia. Na chodniku okryła sarnę jeszcze własnym ciałem, bo bała się, że ranne zwierzę zmarznie. Było już późno. Temperatura spadła niemal do zera.
Policja nie kwapiła się do przyjazdu, choć pod 112 zadzwoniła nie tylko Wiktoria, ale też kilku innych świadków. Był problem z szybkim ściągnięciem na miejsce odpowiednich służb do pomocy.
Wylał się hejt i krytyka
Ktoś w dobrej wierze zrobił [paywall] zdjęcie Wiktorii, gdy otula ranną sarnę. Obiegło internet. Owszem, pojawiło się sporo słów uznania. Na Wiktorię wylał się jednak również hejt i krytyka.
– Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim – przyznaje poruszona. – Starałam się pomóc tak, jak potrafiłam najlepiej. I spotkał mnie taki hejt. Dlaczego internauci nie skupili się na kierowcy, który potrącił sarnę i uciekł? – pyta.
Krytycy, w tym przyrodnicy, zarzucili Wiktorii między innymi głupotę i bambinizm. Syndrom Bambiego polega na postrzeganiu dzikich zwierząt przez pryzmat kreskówek. Osoby z tym syndromem mają zaburzony pogląd na otaczający je świat, a zwierzętom i roślinom przypisują ludzkie uczucia.
Internauci zaczęli przerabiać zdjęcie Wiktorii otulającej ranną sarnę na memy. Na Facebooku powstał profil „bambinizm” z tym zdjęciem jako tło.
Wiktoria jest z wykształcenia geologiem. Pasjonuje ją przyroda. Współprowadzi fundację zajmującą się ochroną wód i gleb na terenie województwa lubuskiego. Fundacja walczy na przykład o to, żeby na mokradłach w Zielonej Górze nie powstało osiedle mieszkalne.
– Zniszczyłoby siedliska tysięcy zwierząt i owadów, to cenne przyrodniczo tereny – tłumaczy Wiktoria. – Jest tam zbiornik wód podziemnych. Osiedle mieszkalne wiąże się z budową setek szamb. To ryzyko, że wody zostaną skażone – przestrzega. – Nasza fundacja nie ma środków, pracuję w niej po 10 godzin dziennie, dla idei – dodaje.
Nie są specjalistami od saren
Hejt w internecie wylał się również na fundację, więc także na Stanisława Kurowskiego, współpracownika Wiktorii.
– W tym momencie przyrodnicy i organizacje ekologiczne wylewają na nas kubeł pomyj, zarzucają głupotę, bambinizm i brak kompetencji do tego, by działać w zakresie ochrony przyrody – komentuje Stanisław. – Ośmieszają nas, korzystając ze zdjęcia Wiktorii. Wrzucają zrzuty z ekranu naszej strony, przerabiają je za pomocą sztucznej inteligencji, robią z nich memy, dodają nieprawdziwe wstawki. Pojawiają się komentarze typu „Jak możecie nie wiedzieć, jak pomóc rannej sarnie? I wy zajmujecie się ochroną środowiska? Żałosne”. A przecież akcja ratowania saren w żaden sposób nie wpisuje się w nasze działania. Na co dzień zajmujemy się zanieczyszczeniami chemicznymi i terenami zdegradowanymi, nie jesteśmy specjalistami od zwierząt – podkreśla Stanisław. – My, jako przyrodnicy, znamy się na chemicznej i biologicznej analizie wód gruntowych. Wiemy, jak mapować dno morskie. Wiemy, jak utlenia się materia organiczna w zanieczyszczonym kadmem zbiorniku – wylicza.
Stanisław martwi się, że przez tego typu hejt na dziewczynie, która po prostu pomogła rannemu zwierzęciu tak, jak potrafiła najlepiej, zapanuje jeszcze większa znieczulica wynikająca ze strachu przed niesieniem pomocy.
– Ludzie będą się bali, że udzielą pomocy zwierzęciu i zostaną potraktowani tak, jak Wiktoria – przestrzega.
Zasługuje na pochwałę
Sarna trafiła do azylu dla zwierząt w Nowej Soli, który od wielu lat prowadzi Marcin Walasek. Ma doświadczenie. Ratował tysiące zwierząt. Wiele z nich ucierpiało przez człowieka. W minioną niedzielę musiał poddać eutanazji lisa. Zwierzę, z powodu pękniętego kręgosłupa, aż piszczało z bólu. W poniedziałek ratował lisa, który wpadł do kanału burzowego i spędził tam pięć dni.
Czy Wiktoria rzeczywiście zasłużyła na hejt i krytykę, skoro nie zabrała sarny z lasu, tylko znalazła ranną na drodze i chciała pomóc?
– Przecież reakcja tej dziewczyny była jak najbardziej prawidłowa, pomogła rannemu zwierzęciu, zasługuje na słowa uznania, na pochwałę, a nie hejt – podkreśla Walasek. Przyznaje, że lepiej rannego dzikiego zwierzęcia nie dotykać. Najlepiej zabezpieczyć miejsce zdarzenia i poczekać na przyjazd odpowiednich służb. – Ta dziewczyna działała jednak instynktownie, szybko, pod wpływem emocji, działała tak, jak w danym momencie umiała najlepiej – zastrzega. – Ochroniła zwierzę własnym ciałem. To akt człowieczeństwa. A co, gdyby sarna, która była przecież w szoku po zderzeniu z samochodem, nagle wstała i pobiegła w miasto lub znowu wbiegła na ruchliwą drogę? – pyta Walasek. Podkreśla, że to się zdarza. A po chwili odpowiada, że mogłoby to się skończyć zderzeniem z kolejnym samochodem i śmiercią.
Sarna trafiła do azylu w Nowej Soli poobijana, z jedną raną.
– Opatrzyliśmy ją, oczyściliśmy z insektów i już następnego dnia mogliśmy wypuścić do lasu – informuje Walasek.
13