– Nie wiemy już, co robić – mówi pani Anna. Patrzy na sufit i rozkłada ręce. – Śpimy z mężem na materacu u syna w pokoju, bo tutaj strach. Kto da gwarancję, że reszta sufitu nie spadnie nam na głowy? – pyta.
Pożar w kamienicy przy Szarych Szeregów w Nowej Soli wybuchł 1 lutego.
– W mieszkaniu na pierwszym piętrze stała koza. Ktoś rozpalił w niej ogień i wyszedł. Zapalił się drewniany strop. Po jakimś czasie runął – relacjonował na naszych łamach Sebastian Olczyk, oficer prasowy Państwowej Straży Pożarnej w Nowej Soli. Najprawdopodobniej w ten sposób ogień przedostał się do mieszkania na parterze, które należy do rodziny Bejko.
Policja umorzyła dochodzenie w tej sprawie. Nie udało się wskazać winnych. A pani Anna, jej mąż Robert i trzynastoletni syn, którzy mieszkają na parterze, żyją z dziurą w suficie do dziś.
Kto powinien łatać?
Mieszkanie jest [paywall] własnościowe. Państwo Bejko wykupili w przeszłości prywatne ubezpieczenie. Po pożarze dostali pieniądze. Wydali je między innymi na nowe panele i malowanie ścian – bo to, czego nie zniszczył ogień i dym, zniszczyła woda.
– Sufitu nie naprawiliśmy, bo nie my powinniśmy to zrobić – mówi pani Anna.
– Zatem kto powinien łatać? – dopytujemy.
– Jest to część wspólna budynku, więc powinna się tym zająć wspólnota mieszkaniowa – odpowiada pani Anna. – Zainteresować się powinien też Zakładu Usług Miejskich – dodaje. I podkreśla, że przecież budynek, w ramach wspólnoty, też jest ubezpieczony.
Przepychanki z PZU
Państwo Bejko w lutym tułali się z kąta w kąt, bo ich lokal nie nadawał się do mieszkania. 27 lutego wysłali pismo do ZUM. „Wezwanie do natychmiastowego usunięcia szkody” – taki nadali tytuł. Poinformowali w piśmie, że od 1 lutego, z powodu pożaru, są bezdomni. Zażądali od ZUM, żeby zabezpieczono stropy i załatano dziurę w suficie.
Odpowiedź przyszła dopiero 4 kwietnia. „Wspólnota mieszkaniowa (…) nie wyraziła zgody na naprawę elewacji i stropu w budynku mieszkalnym za kwotę 17 tys. 485 zł (…). W związku z brakiem Państwa (wspólnoty – red.) zgody na wydatkowanie środków z funduszu remontowego nie mogliśmy zlecić wykonania prac budowlanych” – czytamy w tej odpowiedzi.
W ZUM dodali też, że sporządzono kosztorys napraw. Opiewał na blisko 18 tys. zł. Ubezpieczyciel, czyli PZU, nie zgodził się na taką kwotę. Sporządzono nowy kosztorys, tym razem opiewający na ok. 10 tys. zł. PZU przelało blisko 7 tys. zł na konto wspólnoty mieszkaniowej, z tytułu odszkodowania, ale po przepychankach. A gdzie reszta pieniędzy?
„Wystąpiono o dopłatę różnicy. Obecnie oczekujemy na stanowisko ubezpieczyciela” – poinformowali w ZUM, na piśmie.
Strach spać
Państwo Bejko nie mogli dłużej żyć jak bezdomni. Sami załatali dziurę w suficie folią, tak, jak potrafili. I wrócili do mieszkania.
Przyszedł maj, więc od pożaru minęło ponad trzy miesiące. A sufit nadal nienaprawiony. Owszem, jest wspomniana folia, ale to prowizorka. Dziura jest nadal. Wystają deski.
– Nie wiemy już, co robić – mówi pani Anna. Patrzy na sufit i rozkłada ręce. – Śpimy z mężem na materacu u syna w pokoju, bo tutaj strach spać. Kto da gwarancję, że reszta sufitu nie spadnie nam na głowy? – pyta.
Dlaczego tak długo?
Kontaktujemy się z Mariuszem Smolarczykiem, prezesem ZUM, czyli instytucji, która występuje w imieniu wspólnoty mieszkaniowej. Pytamy, czy to nie wstyd, że rodzina tak długo musi czekać na naprawienie sufitu i żyć w strachu, że reszta desek runie im na głowy.
– Strop, klatki schodowe to są części wspólne, więc za remont tych części jest odpowiedzialna wspólnota mieszkaniowa – potwierdza Smolarczyk. Zatem nie rodzina Bejko powinna finansować łatanie sufitu.
– Na dziś już jest przyznane około 9 tys. zł od ubezpieczyciela na naprawienie tego stropu – kontynuuje prezes ZUM. – Wiemy, na czym stoimy finansowo. Mamy ofertę od wykonawcy, ale ona przewyższa możliwości finansowe wspólnoty. Sprawdzamy pozostałych wykonawców, żeby ktoś nam zszedł z ceny – nadmienia.
– Jak to jest możliwe, że mijają trzy miesiące i nikt przez tak długi czas nie potrafił zadbać o naprawienie sufitu? Dlaczego to tak długo trwa? – dopytujemy kolejny raz.
– Wspólnota mieszkaniowa, jeśli nie dostanie zwrotu z ubezpieczenia, to nie posiada własnych pieniędzy, żeby zapłacić za taki nieprzewidziany remont – wyjaśnia Smolarczyk. Wini ubezpieczyciela, a także rzeczoznawcę, który przyjechał dopiero po 30 dniach, żeby ocenić szkody.
– Walczyliśmy z ubezpieczycielem, żeby zdobyć te pieniądze – kontynuuje Smolarczyk. – Teraz, gdy mamy przyznane pieniądze, wybieramy wykonawcę – podkreśla raz jeszcze. – Myślę, że to jest kwestia tygodnia lub dwóch, kiedy wykonawca zostanie wybrany i będzie mógł zabrać się do pracy – deklaruje prezes.
Do sprawy wrócimy.
21
Poprzedni artykuł