Gdy opiekowała się umierającą mamą, nie wiedziała, że wkrótce sama usłyszy diagnozę. Teraz Marta Śnieżek z Siedliska codziennie walczy o życie. I o to, by jej dzieci nie zostały same.
Zanim Marta dowiedziała się o swojej chorobie, z nowotworem walczyła jej mama.
– W 2023 roku, we wrześniu, mama usłyszała diagnozę: rak pęcherza moczowego z przerzutami do kości – mówi Marta, trzydziestopięcioletnia mieszkanka Siedliska. – Mama bardzo cierpiała. Była na silnych lekach, często nie było z nią kontaktu.
Po kilku tygodniach, w styczniu, wróciła do domu. Lekarze powiedzieli wprost: to już koniec leczenia, nie da się nic więcej zrobić. Marta opiekowała się mamą do ostatnich chwil.
– Głaskałam ją, mówiłam, że ją kocham. Że już może zasnąć. Ale nie mogła zamknąć oczu. Aż wzięła ostatni oddech… i odeszła – wspomina.
Marta pochowała mamę w styczniu 2024 roku. Nie zdążyła się jeszcze otrząsnąć z żałoby, kiedy w marcu trafiła do szpitala z silnym krwotokiem. Na początku podejrzenie padło na mięśniaki. Później przyszła kolejna diagnoza.
– Rak szyjki macicy. W zaawansowanym stadium. Guz był tak duży, że nie nadawał się do operacji – przyznaje.
Chemia, radioterapia, nadzieja
Marta zaczęła leczenie – najpierw chemia i radioterapia, potem brachyterapia. Następnie rezonans. I rozczarowanie.
– Leczenie nie pomogło. Guz nie zniknął. Byłam wycieńczona. Hemoglobina spadała, dostawałam kolejne przetoczenia krwi. Ale wciąż miałam nadzieję, że ktoś mnie uratuje – opowiada.
Szansą miała być immunoterapia. Marta dostała trzy wlewy, ale organizm nie wytrzymał. Pojawiły się ostre reakcje, potem infekcje. Zaczęły szwankować nerki. Leczenie przerwano.
– Zaczęły się kolejne przetaczania krwi. Kolejne bóle. Noce, w których nie przesypiam ani minuty, bo tak boli. Dni, w których nie mogę podnieść się z łóżka – mówi.
Próbowała wszystkiego: konsultacji prywatnych, alternatywnych metod. W klinice we Wrocławiu trafiła do lekarki z Indii, która łączyła medycynę akademicką z naturalną. Zabieg kosztował kilkanaście tysięcy złotych. Marta pojechała na kilka dni. Nie pomogło.
– Inny lekarz przepisał mi witaminy, kolejny sterydy. Po sterydach hemoglobina się podniosła. Ale teraz podejrzewają przerzuty do płuc i węzłów chłonnych – mówi.
Musi żyć. Bo są dzieci
Walka o życie mamy, jej nagła śmierć, następnie walka o własne życie – to ciężki głaz. Przygniótłby niejednego człowieka. A Marta go dźwiga. Wychowuje sama trzy córki: 15-letnią Lenę, 13-letnią Oliwię i 6-letnią Michalinkę.
– Dla nich to wszystko robię. Dla nich wstaję z łóżka, nawet jeśli nie mam siły. Gdy Michalinka idzie do przedszkola, nie mam wyjścia, przecież muszę ją przytulić, muszę się podnieść…- mówi.
Dziewczynki wiedzą, że mama jest chora. Rozmawia z nimi szczerze. Wiedzą, że może jej zabraknąć.
Ojciec Leny i Oliwii mieszka daleko, ale utrzymuje z nimi kontakt. Ojciec Michalinki prawa rodzicielskie ma odebrane. Marta długo bała się, że w razie najgorszego najmłodsza córka trafi do domu dziecka. Pomogła przyjaciółka, Anna – zgodziła się zostać rodziną zastępczą.
– Mam dzięki niej spokój, że Michalinka nie trafi do obcych ludzi – wzdycha Marta.
Sieć przyjaciółek. I cudów
Anna, Magda i Agnieszka robią dla Marty wszystko, co mogą. Organizują zbiórki, pieką ciasta, angażują szkoły i sąsiadów. Podczas Święta Bzów, na ich stoisku pojawiło się kilkadziesiąt blach z wypiekami, bo ciasta przyniosły też inne mieszkanki Siedliska i okolic. Przyjaciółki zorganizowały kolejne zbiórki i kiermasze: w szkole, w przedszkolu, na turnieju siatkarskim i tańca, na dniu strażaka w Przyborowie, a ostatnio podczas Święta Lipy w Bielawach. Przyłączali się kolejni ludzie – przynosili ciasta, wrzucali pieniądze do puszki.
Bywa, że ktoś daje pieniądze do ręki, ktoś nie policzy za wywóz szamba, ktoś inny wesprze dobrym słowem. Każdy gest jest ważny. Ta dobroć dodaje Marcie sił.
– Czuję ogromną wdzięczność – mówi. – Ale nie chcę tylko brać. Chcę móc wrócić do życia. Być mamą dla moich córek.
Szansa
Niedawno Marta usłyszała o leczeniu za granicą. Mogłoby przedłużyć życie. Koszt to 55 tysięcy euro. Dla samotnej matki – suma nie do osiągnięcia bez pomocy. Kosztują też dojazdy do lekarzy. Kosztuje codzienne życie i opieka nad dziećmi. Marta nie pracuje. Nie ma na to sił. I nie ma z czego zapłacić za leczenie.
Dlatego przyjaciółki założyły zbiórkę: https://www.siepomaga.pl/marta-sniezek
Marta nie prosi o litość. Prosi o czas. Dla siebie i dla córek. Chciałaby je wychować.
– Chcę żyć. Jeszcze trochę. Dla nich – mówi. I płacze.
25
Poprzedni artykuł