Łukasz Mejza chce skazać Anitę Kucharską-Dziedzic. Twierdzi, że stracił przez nią stanowisko wiceministra. Chce 50 tys. zł zadośćuczynienia. Posłankę Nowej Lewicy ściga też policja. Komendant Główny chce uchylenia jej immunitetu.
– Mam wniosek generała Szymczyka o zawieszenie mi immunitetu – mówi Anita Kucharska Dziedzic. Gen. Jarosław Szymczyk, to szef Komendy Głównej Policji, który w swoim gabinecie odpalił słynny już w całym kraju granatnik. Jakie przestępstwo popełniła nasza posłanka?
– Chodzi o wieszanie plakatów na bramie przy Nowogrodzkiej (red. siedziba PiS), na których było napisane „Panie Kaczyński czy Panu nie wstyd za Mejzę?” – wyjaśnia A. Kucharska-Dziedzic.
– Ścigają mnie z paragrafu, który wprowadzono do kodeksu w stanie wojennym, żeby uniemożliwić działanie opozycji. Ale żeby kogoś skazać, to trzeba mu udowodnić, że miał zysk w tej sprawie, a jego działanie nie było w interesie społecznym. Akurat to, co robiłam było w interesie społecznym. Podobne sprawy z ulotkami były przy strajku kobiet i kończyły się uniewinnieniem w sądach – mówi posłanka. 
– Marszałek Witek już wszczęła procedurę odebrania mi immunitetu. Najprawdopodobniej głosowanie w tej sprawie odbędzie się na wiosnę – wróży A. Kucharska-Dziedzic.
– Niestety Komenda Główna stała się agencją ochrony Kaczyńskiego i PiS-u. Na Nowogrodzkiej pod siedzibą PiS stoi policja. Oni nie patrolują miasta, tylko czekają, żeby spisać tych, którzy podejdą w to miejsce, żeby protestować – dodaje.
Chce 50 tys. zł
Posłanka dostała też prywatny akt oskarżenia od Mejzy.
– Napisał, że moje nienawistne działania sprawiły, że premier stracił do niego zaufanie, a on stanowisko wiceministra sportu. W związku z tym żąda 50 tys. zł – opowiada A. Kucharska-Dziedzic. – Chce mnie skazać za pomówienie, ale nie wiem czy wystąpił już z wnioskiem o zdjęcie mi immunitetu – tłumaczy.
Pozew przysłał jej w grudniu adwokat Hubert Kubik z warszawskiej kancelarii Kopeć i Zaborowski. Pismo ma 92 strony. Można w nim wyczytać m.in. że od 2 grudnia 2021 roku A. Kucharska-Dziedzic „podjęła szereg zachowań mających na celu znieważenie oraz pomówienie Ł. Mejzy”. Te zachowania, to publiczne wystąpienia, w których posłanka zabierała głos w sprawie biznesowej i politycznej działalności posła z podkrośnieńskiego Dąbia.
Mówiła m.in. o naciąganiu rodziców, robieniu fikcyjnych szkoleń, podrabianiu podpisów, dziwiła się też oświadczeniu majątkowemu Mejzy i pytała „skąd facet z długami ma ciężką kasę”? Jedno z nagrań dotyczących posła zatytułowała: „Minister Mejza może spać spokojnie, bo Polska gnije”.
Do opinii publicznej mocno przebiła się też kontrola poselska A. Kucharskiej-Dziedzic. Posłanka przed kamerami powiedziała wtedy, że przez dwa miesiące minister Mejza z nikim się nie spotkał i nie podpisał się pod żadnym dokumentem. Nie miał numeru telefonu, ani maila. Mówiła, że jedyne podpisy składał pod pozwami przeciwko dziennikarzom i pod „paskami płacowymi”.
Nie udało nam się dodzwonić do Ł. Mejzy, ale w pozwie pisze, że wszystkie słowa posłanki to kłamstwa.
– To, że chce mnie ścigać, to jest komedia – komentuje posłanka.
W sądzie z WP
Ł. Mezja poszedł też do sądu z Wirtualną Polską. Po korzystnym wyroku wydrukował plakat. Przyszedł z nim na Wiejską i Woroniczą, obwieszczając, że wygrał z redaktorem naczelnym WP. Portal szybko odniósł się do sprawy pisząc, że: „Sąd w żadnym miejscu nie stwierdził, że Mejza ma w czymkolwiek rację, a dziennikarze Wirtualnej Polski – Mateusz Ratajczak i Szymon Jadczak – racji nie mają. W sprawie o sprostowanie sąd w ogóle bowiem nie zajmuje się ustalaniem prawdy”. Patryk Słowik, dziennikarz WP, wyjaśnia, że sąd dał jedynie Mejzie możliwość wypowiedzenia się co do faktów, które były przytoczone w tekstach. Portal też dawał mu tę możliwość, ale poseł nie skorzystał.
„W największym uproszczeniu: Łukasz Mejza wyjaśni w tym sprostowaniu, że nie jest nieuczciwą kanalią” – komentuje P. Słowik.
Dwa śledztwa
W sprawie posła trwają dwa śledztwa. Jedno z zawiadomienia matki chorej dziewczynki dotyczące działalności Vinci NeoClinic. Drugie dotyczy szkoleń, które za unijne pieniądze organizowała firma Future Wolves. Obu śledztw nie ma już w Zielonej Górze. Pierwsze przejęła prokuratura w Warszawie, drugie w Poznaniu. Są w toku. Latem na wniosek prokuratury przeszukano dom rodziców Mejzy gdzie zarejestrowana była spółka z wilkami w nazwie.
Przypomnijmy, za podział środków na szkolenia były odpowiedzialne Agencja Rozwoju Regionalnego (ARR) w Zielonej Górze oraz Zachodnia Izba Przemysłowo-Handlowej w Gorzowie Wielkopolskim. Firmy, które chciały skorzystać z tych pieniędzy, dostawały bon, który mogły zamienić na szkolenie. Kilkadziesiąt z nich wybrało firmą Mejzy zostawiając w niej blisko 1 mln zł.
Agencje oddają pieniądze
Urząd Marszałkowski po kontroli tych szkoleń nie tylko doniósł o sprawie do prokuratury, ale zażądał od operatorów zwrotu unijnej kasy. ARR oddała już ok. 750 tys. zł. Jednocześnie rozpoczęła też próby odzyskania tej kwoty od firm, które skorzystały ze szkoleń w Future Wolves. Odzyskano ok. 10 proc. Tomasz Wontor, wiceprezes zarządu ARR tłumaczy, że o zwrot pieniądzy będzie łatwiej występować po wyroku. „Ułatwi to możliwość wypowiedzenia umów wsparcia i żądania zwrotu udzielonego dofinansowania w odniesieniu do przedsiębiorców biorących udział w szkoleniach realizowanych przez Future Wolves Łukasz Mejza” – napisał.
– Na podstawie decyzji administracyjnej Urzędu Marszałkowskiego, musieliśmy zwrócić środki za szkolenia pana Mejzy – tłumaczy Kamila Szwajkowska, dyrektor Zachodniej Izby Przemysłowo-Handlowej w Gorzowie Wielkopolskim. Mowa o 107 tys. zł. Część tej kwoty udało się już odzyskać od firm. Do zwrotu pozostało jeszcze ponad 90 tys. zł, ale Izba wystąpiła z wnioskiem do UM o rozłożenie na raty. – Nasze dalsze kroki są uzależnione od śledztwa prokuratorskiego, bo wtedy będziemy wiedzieli dokładnie, do kogo mamy wystąpić z wnioskiem o zwrot środków – tłumaczy dyrektorka.