„Tyka bomba” – alarmowaliśmy na naszych łamach wielokrotnie. W końcu ta bomba wybuchła. Dziś w Mirocinie Dolnym (gmina Kożuchów) wzrasta skażenie środowiska, a nowosolskie starostwo i lubuski urząd marszałkowski uciekają od odpowiedzialności.
Na rekultywowanym obszarze w Mirocinie Dolnym powstało wielkie bajoro z wód opadowych wymieszanych z toksycznymi odciekami. Te odcieki pochodzą ze zwożonych tam przez ponad trzy lata odpadów. O tym, że gromadzą się tam takie ścieki, alarmowaliśmy na naszych łamach wielokrotnie, od miesięcy. Nie reagował ani lubuski marszałek, ani nowosolski starosta. Natomiast inspektorzy Lubuskiego Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska trzy tygodnie temu (4.01), po piśmie od Macieja Sytniejewskiego, zaniepokojonego mieszkańca, przyjechali na miejsce i pobrali próbki do badań. M. Sytniejewski rekultywacją w Mirocinie Dolnym interesuje się niemal od samego początku. W trosce o dobro wsi i swoich sąsiadów, wytyka urzędnikom kolejne błędy i niedopatrzenia w tej sprawie.
Niepokój inspektora
Mirosław Ganceki, lubuski wojewódzki inspektor ochrony środowiska, ocenił, że wyniki badań pobranych w styczniu próbek są niepokojące. Wykazały znaczne wartości metali ciężkich. Ganecki zestawił najnowsze wyniki z tymi z 2021 roku. Z zestawienia wynika, że wartości metali ciężkich rosną w niepokojącym tempie. Wartość azotu wzrosła niemal czterokrotnie, fosforu – ponad trzykrotnie, chromu – niemal dwukrotnie, cynku – niemal trzykrotnie. Wzrosły też wartości kadmu, ołowiu i niklu. Metale ciężkie mogą wnikać do organizmu człowieka poprzez układ oddechowy, pokarmowy oraz przez skórę. Mogą prowadzić do silnych zatruć, a po latach nawet do zmian nowotworowych.
Wyniki badań wykazały też znaczne wartości BZT5 oraz ChZT (to odpowiednio biologiczne i chemiczne zapotrzebowanie tlenu; to wskaźniki określające zapotrzebowanie na ten gaz przy utlenianiu związków organicznych przez bakterie i w wyniku procesów chemicznych; im wyższą przyjmują wartość, tym większe zanieczyszczenie – przyp. red.).
Brak konkretów
W piątek (19.01) Ganecki wysłał do starosty Iwony Brzozowskiej wniosek o zwołanie sztabu kryzysowego. Takie spotkanie zwołuje się po to, by zaplanować i podjąć działania, gdy dojdzie do kryzysu, na przykład ekologicznego – jak w Mirocinie Dolnym.
Posiedzenie sztabu odbyło się w poniedziałek (22.01). I niewiele z niego wynikło. Uczestnicy (starosta, przedstawiciel urzędu marszałkowskiego, inspektorzy WIOŚ, a także m.in. szefostwo nowosolskiej policji i straży pożarnej, nowosolskiego sanepidu, nadleśniczy, przedstawiciel urzędu miasta w Kożuchowie) nie doszli do żadnego konsensusu. Nie padły żadne konkrety dotyczące rozwiązania tej trudnej sytuacji. Nie podjęto w zasadzie żadnych działań prowadzących do zniwelowania zagrożenia.
Czy sytuację można rozwiązać?
Na rekultywowanym obszarze brakuje rowu opaskowego służącego do odprowadzania nagromadzonych ścieków. Spółka Irreco nie kwapi się, żeby te ścieki wywozić. Nikt też jej do tego nie przymusza. Owszem, wywożenie mogłyby zlecić urzędy. Koszty opiewałyby jednak na setki tysięcy złotych, a po chwili czynność i tak należałoby powtórzyć, bo zebrałyby się kolejne ścieki. Osobną kwestią jest to, czy jakakolwiek oczyszczalnia przyjęłaby tyle nieczystości. Inspektor Ganecki zasugerował w trakcie poniedziałkowego spotkania, że prawdopodobnie nie. Wniosek? Ścieki nadal będą wsiąkały w grunt, jak wsiąkały przez minione trzy lata, a skażenie będzie postępować. Istnieje ryzyko, że zanieczyszczenia dotrą do wód gruntowych. To zagrożenie nie tylko dla środowiska, ale też dla ludzi. W odległości około kilometra od rekultywowanego obszaru znajduje się ujęcie wody pitnej dla czterech miejscowości zamieszkałych łącznie przez niemal dwa tysiące osób.
Sięgnijmy więc do historii…
W poniedziałek, na początku posiedzenia sztabu kryzysowego, starosta Iwona Brzozowska i Jerzy Raczyński, czyli przedstawiciel urzędu marszałkowskiego (jest tam wicedyrektorem departamentu środowiska) zadeklarowali, że nie będą wracać do przeszłości, bo trzeba działać tu i teraz. Szybko jednak zaczęli do tej historii nawiązywać i przerzucać się odpowiedzialnością, zupełnie jak przez minione trzy lata.
Mieszkańcy Mirocina Dolnego przez te lata przestrzegali, że rekultywacja skończy się tragicznie. Organizowali kolejne protesty, na które nie reagował ani marszałek województwa, ani nowosolski starosta. Urzędy były wręcz oburzone, gdy mieszkańcy w kolejnych pismach przestrzegali, że zaczną się zbierać niebezpieczne odcieki z odpadów.
Przed tragedią przestrzegał też WIOŚ, publikując niepokojące wyniki kolejnych kontroli. Te kontrole kończyły się nakładaniem kar, które dziś opiewają łącznie na ponad 1,4 mln zł. Niewykluczone, że spółka nie będzie miała z czego ich spłacać, skoro ma problemy ze spłatą kary opiewającej na 200 tys. zł, nałożonej przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych.
Na alarm biło też nowosolskie nadleśnictwo. Składało zawiadomienia do prokuratury.
My również biliśmy na alarm, publikując na przestrzeni lat dziesiątki artykułów dotyczących kolejnych nieprawidłowości, do których dochodziło na rekultywowanym obszarze.
Urząd marszałkowski i starostwo były głuche na te przestrogi i alarmy. A przecież to właśnie te instytucje wydały w przeszłości decyzje dotyczące rekultywacji w Mirocinie Dolnym.
Urząd marszałkowski w 2018 roku wydał pozwolenie spółce Irreco (wtedy jeszcze pod nazwą AGC) na prowadzenie rekultywacji, zatwierdzając projekt jej prowadzenia. Decyzja marszałka pozwalała na rekultywowanie nie tylko dawnego składowiska odpadów po FSO (dawna fabryka sprzęgieł samochodowych), ale też pozostałej części działki – czyli nieczynnej żwirowni (łącznie ponad cztery hektary). W swojej decyzji urząd marszałkowski wskazał, żeby rekultywację prowadzić przy użyciu odpadów.
O tym, czym konkretnie prowadzona będzie rekultywacja, zgodnie z kompetencjami zadecydowało starostwo, wydając stosowny dokument w 2019 roku. Pozwoliło na zwożenie nawet 50 tysięcy ton kompostu i 30 tysięcy ton osadów ściekowych rocznie. Gdy WIOŚ bił na alarm, że te ilości są zatrważające, starostwo tłumaczyło, że to przecież tereny przemysłowe.
Z trzyletnim poślizgiem
W kolejnych latach odpady trafiały na składowisko. Pojawiały się kolejne nieprawidłowości (między innymi zwożenie niewłaściwych odpadów, brak nadzoru, brak monitoringu). Tymczasem marszałek i starosta zdawali się tych nieprawidłowości nie dostrzegać, a nawet im zaprzeczali. Jeśli natomiast nie dało się ich podważyć, urzędy przerzucały się odpowiedzialnością. A góra odpadów rosła.
Ostatecznie, mimo nieprawidłowości, na rekultywowany obszar spółka Irreco zwiozła ponad 220 tysięcy ton różnych odpadów, w tym niemal 20 tysięcy ton osadów ściekowych i blisko 157 tysięcy ton kompostu, czyli zmielonych śmieci. To właśnie te odpady powodują niebezpieczne odcieki, pełne metali ciężkich, groźnych dla środowiska, a także dla zdrowia i życia ludzi. Te odcieki powinny być odprowadzane rowem opaskowym, który na rekultywowanym obszarze w Mirocinie Dolnym nie powstał do dziś. Spółka Irreco już w 2020 roku powinna była złożyć stosowny wniosek w Wodach Polskich, by uzyskać pozwolenie wodno-prawne na wybudowanie rowu. Złożyła dopiero w kwietniu 2023 roku, czyli z trzyletnim poślizgiem. Wniosek był niekompletny. Wody Polskie słały do spółki ponaglenia jeszcze w grudniu 2023 roku, więc można założyć, że spółka koniecznością wybudowania rowu raczej się nie przejmowała, podobnie jak urząd marszałkowski i starostwo – skoro nie zareagowały na czas.
Gdzie jest Garboś?
Dziś skutki braku rowu, a także braku odpowiedniego nadzoru w kolejnych etapach trwania rekultywacji, są opłakane.
– Gdyby spółka miała dobre intencje, to wybudowałaby rów tymczasowy, żeby odprowadzić ścieki, a składowisko okryłaby odpowiednią folią, żeby do lasu spływała czysta deszczówka, bez odcieków – mówi Maciej Sytniejewski, mieszkaniec.
Problem w tym, że ciężko w te dobre intencje spółki wierzyć, skoro doprowadziła do tylu nieprawidłowości i żaden z jej przedstawicieli nawet nie przybył na poniedziałkowe posiedzenie sztabu, choć wysłano zaproszenie. – Gdzie jest prezes Józef Garboś? – padło pytanie na sali. – Przecież prezesem nie jest teraz Garboś, tylko Elżbieta Rojek – poinformował ktoś. Po chwili uczestnicy posiedzenia zgodzili się, że trzeba rozmawiać z Garbosiem, bo tak naprawdę to on zarządza rekultywacją, a Rojek została prezeską na tak zwaną „sztukę”.
A kto powinien naciskać na spółkę, żeby wreszcie zaczęła przeciwdziałać nadciągającej katastrofie ekologicznej? Zdaniem Raczyńskiego, czyli przedstawiciela marszałka – naciskać powinno starostwo. Zdaniem starosty Brzozowskiej – naciskać powinien urząd marszałkowski, skoro w obiegu prawnym obecnie znajduje się decyzja marszałka, natomiast ta wydana przez starostę wygasła. Zatem przepychanka trwa.
Artur Tararuj, nadleśniczy z Nowej Soli, zasugerował w poniedziałek, w trakcie posiedzenia sztabu, że z władzami spółki Irreco należy rozmawiać wyłącznie poprzez prokuraturę. I zapowiedział, że złoży takie doniesienie, skoro ścieki przelewają się na teren lasu.
We wtorek złożenie zawiadomienia do prokuratury zapowiedział Paweł Jagasek, burmistrz Kożuchowa. Będzie dotyczyło skażenia środowiska, a także narażenia zdrowia i życia mieszkańców. Przed laty Jagasek zaopiniował tę rekultywację pozytywnie. Podkreślał, że to będzie z korzyścią dla środowiska i mieszkańców.
19
Poprzedni artykuł