Przy bombie ekologicznej w Zakęciu śmierdzi gazem. Przesunęła się też wskazówka w manometrze. To znak, że rośnie tam ciśnienie. Czy w gminie Otyń znowu dojdzie do wybuchu?
Tydzień temu spotkaliśmy się z [paywall] burmistrzynią Barbarą Wróblewską, z wicestarostą Tomaszem Twardowskim i z sołtysem Zygmuntem Mielcarkiem przy starym górotworze w Zakęciu. Dziwne urządzenie z plątaniną zardzewiałych rur z pozoru nie wygląda groźnie. Kto nie zna historii tego miejsca, ten pewnie nie domyśli się, że to bomba ekologiczna, która tyka coraz głośniej i coraz szybciej.
Zagrożenie czyha pod ziemią, w wielkiej dziurze, głębokiej na ponad kilometr. W promieniu piętnastu kilometrów, również pod ziemią, rozciągają się różnego rodzaju szczeliny i kolejne rury. Jeśli dojdzie do wybuchu, to zagrożone będzie nie tylko zdrowie i życie mieszkańców okolicznych domów, ale też choćby nowosolski szpital, który stoi dwa kilometry dalej, za lasem, a także nowosolska strefa przemysłowa.
Co tam zwieziono?
W latach 60. zaczęto wydobywać tu gaz i ropę. Później działka z górotworem trafiła w ręce prywatne. W użytkowanie wieczyste wzięła ją spółka DPV Service. Właściciele spółki, między innymi ludzie, którzy wcześniej zajmowali kierownicze stanowiska w PGNiG, zwęszyli intratny biznes. Postarali się o wszelkie pozwolenia, między innymi w urzędzie wojewódzkim i na szczeblach ministerialnych. Urzędnicy i politycy takie zezwolenia wydali, mimo że w pobliżu są spore zapasy wód podziemnych, są ujęcia wody i liczne miejscowości. W efekcie na początku XXI wieku nowi właściciele działki zaczęli zatłaczać do dziury odpady. Teoretycznie były to wody powstałe w górniczych procesach wydobywczych (odpady płynne z eksploatacji kopalń), zwożone z różnych stron Polski. Mieszkańcy mieli jednak swoje podejrzenia, tym bardziej, że cysterny przyjeżdżały do Zakęcia głównie w nocy. Alarmowali, że to mogą być różnego rodzaju paliwa, oleje itp., że prawdopodobnie zwożone są z zachodniej Europy. Te alarmy były bagatelizowane.
W międzyczasie właściciele sprzedali spółkę najprawdopodobniej metodą na słupa. Dziś DPV formalnie istnieje, ale jest spółką widmo. Ma siedzibę w samym centrum Warszawy, na ul. Nowogrodzkiej. Prezesem jest niejaki Dmitry Kuznetsov. Ślady wiodą między innymi do Moskwy.
Substancja rakotwórcza
Porzuconym terenem nie interesowały się ani służby państwowe, ani PGNiG. Na alarm nadal bili mieszkańcy i władze gminy z Wróblewską na czele. Nikt nie słuchał.
28 grudnia 2021 roku doszło do pierwszego wybuchu. Spod ziemi wyciekło ponad tysiąc litrów dziwnej, czarnej mazi. Skaziła okoliczne grunty. Dopiero po naciskach władz gminy Otyń, po naciskach mieszkańców i artykułach zamieszczanych na naszych łamach, starostwo, na którego czele stała wtedy Iwona Brzozowska, wyłożyło pieniądze na uprzątnięcie mazi. Ta zalegała przez kilka tygodni, zabezpieczona tylko folią.
Z badań przeprowadzonych przez WIOŚ wynikało, że to odpady ropopochodne, niezwykle groźne, bo rakotwórcze. Mają status odpadów niebezpiecznych.
Niezależne badania zleciła burmistrzyni Wróblewska. Znalazła laboratorium w Czechach, bo do polskich nie ma już zaufania. Te wyniki również nie pozostawiły wątpliwości.
Oto fragment pisma z czeskiego laboratorium: „(…) łatwopalna ciecz, która może powodować raka, wady genetyczne, podejrzewa się, że działa szkodliwie na płodność, na dziecko w łonie matki, może wywoływać uczucie senności i zawroty głowy, działa drażniąco na skórę, jeśli zostanie połknięta, lub dostanie się przez drogi oddechowe to może grozić śmiercią. Działa toksycznie na organizmy wodne. Substancja stwarzająca zagrożenie dla środowiska”.
Kiedy znowu wybuchnie?
Choć od wybuchu minęło ponad dwa i pół roku, choć Urząd Gminy na czele z Wróblewską, a także mieszkańcy nie przestali bić na alarm, to nikt nie zdołał nawet zabezpieczyć tego miejsca. A przecież o problemie wiedzą wszyscy: władze powiatowe, wojewódzkie i krajowe. Od niedawna pielgrzymują tam kolejni lubuscy parlamentarzyści. Deklarują, że zrobią, co mogą. I zaznaczają, że to nie będzie łatwe, bo bomb ekologicznych jest na terenie Polski przynajmniej pół tysiąca i przybywają kolejne.
Koniec końców, urzędnicy i politycy rozkładają jednak ręce. Bo teren, choć należy do skarbu państwa, to został oddany spółce w użytkowanie wieczyste. Spółka nie funkcjonuje. Właścicieli nie można znaleźć. Sytuacja jest patowa. Owszem, trwają próby ustanowienia kuratora dla tego terenu. Ale minęło już wiele miesięcy, a tego kuratora jak nie było, tak nie ma.
Dwa lata temu koszt zabezpieczenia tego miejsca szacowany był na kilka milionów złotych. Dziś zapewne jest większy. Owszem, spółka DPV wiele lat temu musiała zostawić dwa miliony złotych w ramach zabezpieczenia. I podobno zostawiła. Ale nie można sięgnąć po te pieniądze, więc tak jakby ich nie było. Wróblewska mówi, że to luka w prawie.
A mieszkańcy Zakęcia żyją w strachu. Coraz większym. Przy bombie ekologicznej śmierdzi gazem. Przesunęła się też wskazówka w manometrze. To znak, że rośnie cały czas ciśnienie. Tam znowu może dojść do wybuchu. Niewykluczone, że o wiele większego, niż ten sprzed dwóch i pół roku. W pobliżu rośnie las. Substancje ropopochodne są łatwopalne. Jeśli dojdzie do pożaru, to zagrożone będą nie tylko miejscowości gminy Otyń, ale też Nowa Sól, w tym szpital, trzeci pod względem wielkości w województwie. I strefa przemysłowa. Równie groźne, jak pożar, będą skutki ewentualnego skażenia.
28
Poprzedni artykuł