Urzędnicy i radni odwiedzili teren w Bobrownikach w gminie Otyń, na którym niedawno zakończyła się rekultywacja. – Szczęki nam opadły, jesteśmy w szoku, krajobraz jak na księżycu – komentowali, spacerując po twardej skorupie ze zmielonych śmieci.
Wizyta w Bobrownikach odbyła się w ramach wyjazdowego posiedzenia komisji gospodarczej Rady Powiatu. Przybyli jej członkowie, czyli radni Przemysław Ficner jako przewodniczący, Małgorzata Naumowicz, Marcin Kula, Andrzej Ogrodnik, a także nowy wicestarosta Paweł Pazdrowski, Agnieszka Foltyn-Kupny, czyli naczelniczka wydziału geodezji w starostwie, Daniel Zych, naczelnik wydziału ochrony środowiska w starostwie, w roli gospodyni wystąpiła Barbara Wróblewska, burmistrz Otynia, którą wspierali podlegli jej urzędnicy, przybyło też troje pracowników Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Wyliczanka tych osób nie jest przypadkowa. Wszystkie urzędy potraktowały spotkanie poważnie, poza Urzędem Marszałkowskim, który przysłał jedynie Renatę Hyżę, kierowniczkę wydziału gospodarki odpadami. Niestety, Hyża nie była w stanie odpowiedzieć na wiele padających na pytań. Zadeklarowała, że odpowie po powrocie do Urzędu Marszałkowskiego, nawet jeszcze tego samego dnia. Dlaczego z Hyżą nie przybył żaden z marszałków? Dlaczego nie przyjechał Artur Malec, naczelnik departamentu ochrony środowiska? Przecież to właśnie urzędnicy od marszałka wybrali w przeszłości spółkę do prowadzenia rekultywacji w Bobrownikach i zatwierdzili sposób jej prowadzenia.
– Dziś jest sejmik województwa – wyjaśniła Hyża nieobecność kolegów.
Nawet nie sprawdzili
Rekultywacja w Bobrownikach miała się zakończyć w grudniu ubiegłego roku, po kilku latach jej prowadzania. Urzędnicy ze Starostwa Powiatowego w Nowej Soli i lubuskiego Urzędu Marszałkowskiego ogłosili kilka miesięcy temu, że zakończyła się sukcesem. Ich zadowoleniu [paywall] przyklasnęli inspektorzy z WIOŚ. Nikt jednak nie zorganizował oficjalnego spotkania, na które zaproszono by na przykład władze gminy Otyń i przedstawicieli mieszkańców wsi Bobrowniki, bo nie ma takiego wymogu. Nikt od grudnia nie przeprowadził drobiazgowej kontroli na zrekultywowanym składowisku, bo takiego wymogu również nie ma. Wykonawca złożył w Urzędzie Marszałkowskim stosowne dokumenty. Urzędnicy się zapoznali. Przybili pieczątki. Natomiast inspektorzy WIOŚ do dziś nie znają wyników badań próbek gleby i wody, które wykonawca rekultywacji musiał pobrać i do nich dostarczyć. W trakcie poniedziałkowego spotkania wyjaśniali, że wykonawca miał obowiązek przekazać te próbki do końca marca, więc na wyniki trzeba jeszcze poczekać nawet miesiąc.
– Jako burmistrz, nie jestem stroną, więc gdyby nie dzisiejsze spotkanie, zwołane przez radnego Ficnera, to nie miałabym prawa tam wejść – skomentowała Wróblewska, na myśli mając wejście na zrekultywowany teren.
Co wyrośnie na skorupie?
Gdy uczestnicy spotkania pojechali na zrekultywowany teren, miny im zrzedły.
– Szczęki nam opadły, jesteśmy w szoku, krajobraz jak na księżycu – komentowali, spacerując po grubej skorupie. To wyschnięty kompost. Powstał ze zmielonych śmieci, których zwieziono do Bobrownik, w ramach rekultywacji, dziesiątki tysięcy ton.
Radni i urzędnicy byli przekonani, że kompost zostanie przykryty warstwą gleby.
– Przecież w minionych latach wykonawca przekonywał nas, że tak to będzie wyglądało, że będzie ziemia, na której wyrosną trawy, krzewy i drzewa – komentowali w poniedziałek.
Jedna z inspektorek WIOŚ włączyła laptop. Zajrzała do umowy podpisanej przed laty przez wykonawcę z Urzędem Marszałkowskim. I oświadczyła, że w umowie zapisano, że na kompost wcale nie musi trafić ziemia. I dodała, że pozwala na to polskie prawo.
– Jakim cudem na skorupie z odpadów mają wyrosnąć krzewy i drzewa? – głowili się uczestnicy spotkania, patrząc z przerażeniem na księżycowy krajobraz.
Pytania i wątpliwości
Zanim urzędnicy pojechali do Bobrownik, przedyskutowali temat w Ratuszu. Wybrzmiało sporo pytań i wątpliwości. Dotyczyły między innymi okresu, w którym wykonawca ma odpowiadać za zrekultywowany teren. Z umowy wynika, że ten okres wynosi 30 lat. Co jednak, jeśli spółka upadnie? Co jeśli jej przedstawiciele zapadną się pod ziemię? Historia zna wiele takich przypadków. Okazuje się, że wtedy odpowiedzialność za ten teren może spaść na gminę. Tyle tylko, że gmina nie jest stroną, więc ani marszałek, ani WIOŚ nie są zobowiązane, aby przesyłać gminie informacje dotyczące chociażby wyników badań. W trakcie spotkania radny Ficner zaapelował, żeby takie wyniki trafiały z WIOŚ i z Urzędu Marszałkowskiego do Rady Powiatu, a Wróblewska o to, żeby trafiały do gminy.
Jeśli wykonawca nie będzie wywiązywać się z nałożonych na niego obowiązków, może dostać grzywnę. Jej wysokość – 500 złotych.
– Czyli tyle, co nic – westchnęli uczestnicy spotkania.
Owszem, wykonawca wpłacił 200 tys. zł kaucji, którą może odzyskać dopiero po 30 latach. Te pieniądze mają pokryć ewentualne szkody w środowisku, gdyby do takich doszło.
– Jeśli w przyszłości doszłoby na przykład do skażenia wód gruntowych, te 200 tys. zł na nic nie wystarczy – zauważyła radna Naumowicz.
W tym momencie przedstawiciele WIOŚ podkreślili, że wody gruntowe, póki co, są pierwszej klasy czystości, a wynika to z badań wykonanych w 2023 roku.
Radny przerażony
– Ja jestem przerażony – podsumował Ficner, na myśli mając nie tylko rekultywację w Bobrownikach, ale również tę w Mirocinie Dolnym, którą opisujemy od kilku lat. – Firmy typu MZGK, które prowadzą gminne składowiska, muszą wpłacać zabezpieczenia rzędu nawet kilku milionów złotych. Kontrolowane są non stop. Natomiast rekultywacje prowadzą firmy, od których żąda się zabezpieczeń rzędu co najwyżej kilkuset tysięcy złotych. Można założyć firmę za 5 tys. zł i robić rekultywację. Kontrola nad tym, co przywożą, jest prawie żadna. Wyrywkowe kontrole, robione w Mirocinie po sygnałach od mieszkańców czy dziennikarzy, za każdym razem były negatywne. Tym można być przerażonym. Ludzie, co tu się dzieje? Proszę się postawić w sytuacji mieszkańców. Dla nich to jest dramat.
12